środa, 7 września 2011

Jak ja was, kurwy, nienawidzę!

Sponsorem dzisiejszej notki jest pan Paweł Kukiz. To jego piosenka była inspiracją tytułu i motywu przewodniego. Adresatem lirycznym zaś jest, o dziwo, Franciszek Smuda oraz Zarząd PZPN, czy szerzej, wszyscy ludzie odpowiedzialni za dobro polskiej piłki nożnej. Niektóre zarzuty tyczą się wprost selekcjonera, inne bezpośrednio osób odpowiedzialnych za organizację meczów i sprawowanie pieczy nad kadrą narodową. Nie chcę jednak swoich żali adresować personalnie. Każdy z was dołożył swoją cegiełkę do tego, bym musiał popełnić ten emocjonalny wpis.
Jak ja was, kurwy, nienawidzę!
Nienawidzę za to, że od dłuższego czasu o drużynie grającej z białym orłem na piersi mówię "drużyna Smudy", a nie "reprezentacja Polski". Nienawidzę za to, że emocjonuję się meczami koszykarzy, szczypiornistów, występami lekkoatletów, nie mówiąc o siatkarzach, a piłkarzy zamiatam wiatrem spod kutasa. Nienawidzę za to, że - ku zdziwieniu mojej matki, która przypadkiem rzuciła okiem na mecz z Meksykiem - cieszyłem się z bramki Chicharito. Nienawidzę za to, że byłem jedyną osoba w pubie, która twierdziła, że karny dla Niemców był słuszny i jedyną, która w geście triumfu podniosła rękę po bramce Cacau. Nienawidzę za to, że swojego ósmego dziś piwa nie piję w intencji sukcesu na Euro, nie z okazji dwóch bramek strzelonych trzeciej drużynie świata, a z tytułu tego, że Franciszek Smuda NIE ZAPISZE SIĘ W HISTORII jako pierwszy selekcjoner, który pokonał faworyzowanych Niemców! Jakaż to by była niesprawiedliwość! Kazimierz Górski - najpierw przegrana w Warszawie, później - również przegrany - dramat na wodzie. Gmoch? Marne 0-0. Piechniczek i Kulesza? Gładko po piździe. Janas i Beenhakker? Dobrze żarło, a zdechło - w dupę na najważniejszych imprezach. I wbrew opiniom - zwłaszcza o Piechniczku, Janasie czy Beenhakkerze - Smuda nie jest godzien, by wyżej wymienionym wiązać sznurówki, czy raczej podawać tabliczkę do rysowania taktyki. Gott sei dank, że tak pozwolę sobie napomknąć po niemiecku, że ten Brazylijczyk w niemieckiej koszulce posłał piłkę do bramki Szczęsnego! Ach, jakże ten łysiejący trenerzyna bez matury skakałby z radości, jak byłby ubóstwiany w bezkrytycznej prasie po tym zwycięstwie! Zwycięstwie, na które drużyna podająca się za reprezentację Polski zasłużyła tak, jak Wisła w tym roku na Ligę Mistrzów. Opa! Zesrało się jedno i drugie!
Jak ja was, kurwy, nienawidzę!
Nienawidzę za to, że lwią część tzw. reprezentacji Polski tworzą jacyś bliżej niezidentyfikowani mieszańcy. Damien Perquis - ekstra, mamy dziurę na środku obrony (bo nie ma Arboledy, hihi). Dlatego powołajmy Francuza, jest nam niezbędny! Co z tego, że Sochaux miało najgorszą defensywę w ostatnim sezonie Ligue 1? Co z tego, że sam skrót meczu eliminacji Ligi Europy, w którym drużyna Perquisa została rozbita przez Metalist Charków 0-4, pokazuje, w jakiej formie jest - podobno - zbawiciel polskiej reprezentacji? Gdyby takie mecze jak on zaliczyli Dudka albo Głowacki, tygodniami byliby obśmiewani na różnych tematycznych portalach. Że o Gliku i Jodłowcu nie wspomnę, bo z nich i tak wszyscy się śmieją. Dziś wylewam złość na Perquisie (jak bym nie napisał jego nazwiska, autokorekta mi je podkreśla... dziwne, nie? Bo np. Wojtkowiak, Madera albo Augustyn pozostają bez czerwonego wężyka... Przypadek? Nie sądzę.), ale równie dobrze mógłbym uderzyć w Obraniaka (dwa lata w kadrze, ani słowa po polsku, elo!), Boenischa (dwa lata bez kolana, zanim zagra w rezerwach Werderu, dostanie szansę w kadrze, elo!), czy Polanskiego (41% celnych podań w niemieckim średniaku, zresztą w sumie to woli Niemcy, elo!). A do tego selekcjoner padający na kolana przed reprezentantem Izraela (Melikson stracony, ale Ohayon i Kahlon wciąż do wzięcia - działaj Franiu, działaj!). Parafrazując niedoszłego reprezentanta - to jeśt Polska? To nie jeśt Polska!
Jak ja was, kurwy, nienawidzę!
Nienawidzę za to, że obrzydziliście mi polską kadrę. W piłce siedzę od Mistrzostw Świata France '98. Od tego czasu futbol to moje życie. W tym samym roku jechałem do babci do innego miasta tylko po to, żeby obejrzeć mecz Bułgaria-Polska, bo moja kablówka nie miała do niego dostępu. Na pamięć znałem teksty komentatorów ze sparingów z Maltą czy Finlandią z 1999 roku. Bramkę Kryszałowicza strzeloną Holendrom przed Euro 2000 mógłbym ze szczegółami rozrysować o 3.26, a niestrzelony karny Juskowiaka z Kijowa śni mi się po nocach. Podobnie zresztą jak gol Karwana z Oslo z 2001 roku i zwycięstwo w rewanżu z Norwegią, dające nam awans na MŚ. Pamiętam skracane lekcje w trakcie World Cup 2002, by móc obejrzeć polskie porażki z Koreą i Portugalią, a także szwedzko-łotewską zmowę, eliminującą nas z Euro 2004, przed którym zresztą puknęliśmy przyszłych Mistrzów Europy. Pamiętam całkiem pewny awans na Mistrzostwa Świata w 2006 roku i spektakularną klapę w Niemczech. Dobrze wspominam Beenhakkera, o którym zresztą pisałem pracę dyplomową. To było moje 12 lat z reprezentacją Polski. Nawet, kiedy biało-czerwoni grali gówno, byłem za nimi całym sercem. Nawet przed meczem w Mariborze stawiałem na nich grubą kasę, ślepo wierząc w ich sukces. Naprawdę, wierzyłem zawsze! A teraz?
Mecze kadry nie są dla mnie żadnym świętem. Czasem oglądam je, bo wypada, czasem bo trzeba, a czasem po prostu mam ochotę. A czasem mam wyjebane. Tak zwyczajnie po ludzku - wyjebane. Wolę iść na piwo/rower/siłownię/cokolwiek. Parę lat temu było to nie do pomyślenia, nawet gówniany sparing ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi był dla mnie ważnym elementem tygodniowego grafiku. Teraz przez całą atmosferę wokół kadry, przez piłkarzy w niej grających, przez dewaluację pojęcia reprezentanta, przez przygłupiego selekcjonera, przez kupczenie obywatelstwem, przez mylenie wódki z zapojką przez czołowych działaczy PZPN, jakoś się to wszystko zesrało. Jak mówił Wokulski, "dziwna rzecz, jak mnie to wszystko mało obchodzi". I dlatego was, kurwy, nienawidzę!
Jak ja was, kurwy, nienawidzę!
Nienawidzę za to, że dziś serdecznie wypierdoliłem w mecz Polska - Niemcy. Parę lat temu mogłem tylko pomarzyć o tym, żeby w moim mieście zagrała reprezentacja Polski. To były te lata Wójcika, Engela, Janasa, Beenhakkera... Pamiętam, kiedy w Gdańsku zaczęła rosnąć Baltic vel PGE Arena. Mówiliśmy z ziomkami: fajnie, ale rosną te stadiony w całym kraju, jest gdzie grać, dobrze by było, jak byśmy raz na rok dostali jakiś mecz z San Marino, czy z kimś tam. Dziś w moim mieście graliśmy z Niemcami, trzecią drużyną świata, a ja nawet nie pomyślałem o kupnie biletu. Bo i po co? Żeby dorabiać Polski Związek Pijanych Nierobów i obejrzeć w akcji dwa międzynarodowe zespoły, z dziwnych przyczyn chcące nazywać się narodowymi reprezentacjami? A jednak, koło 40k ludzi kupiło wejściówki. Spoko, fajnie. Jak mniemam, z 84% na co dzień nie jest związanych emocjonalnie z polską piłką. Ktoś gdzieś coś usłyszy, jakaś Wisła, Górnik, Olimpia, Irtysz Pawłodar, RKS Chuwdu. Jakiś Urbaniak, Perkoz, jakiś Bamboleda. A tamten Podolski to nie nasz? A takie polskie nazwisko... Masa przypadkowego bydła. MASA! Ale to i dobrze. Weź żonę, weź synka, weź córeczkę, wytłumacz im, czym jest spalony, pokaż, jak się strzela gole, zaraź piłką, zaraź pasją milionów! Takich "januszów" rozumiem.
Ale niech mi ktoś, do kurwy nędzy, wytłumaczy - jak to jest kupić bilet na mecz oraz tzw. kartę kibica reprezentacji, dobrowolnie wydać parędziesiąt (do paruset) złotych na rzecz PZPN, a później drzeć się "PZPN, PZPN, jebać, jebać PZPN!"? To jebać, czy jednak tak trochę wspierać? Gdzie sens, gdzie logika?
I właśnie dlatego, że dziś, niestety, pójście na mecz i wykupienie drogiej wejściówki = dokładanie do pensji przygłupich najebusów pokroju Laty i Kręciny, przesyłam ostatnie w tej wiadomości pozdrowienie:
JAK JA WAS, KURWY, NIENAWIDZĘ!
PS. Fajnie wrócić na stare śmieci, fajnie napisać wreszcie coś nieco dłuższego niż status na facebooku. Od dłuższego czasu myślę o reorganizacji mojego bloga. Więcej szczegółów - wkrótce. A żeby doprecyzować "wkrótce", napiszę, że coś nie coś powinienem napisać przed 20 września. Stej tjund!

sobota, 14 maja 2011

Bojkot meczu kadry Smudy! Tak, tak, tak!

Zamilknął Smuda na długie tygodnie, zamilkłem i ja. Kogo zresztą interesuje drużyna, która za rok ma reprezentować nas na Mistrzostwach Europy, kiedy polską piłką, a w zasadzie całym miodem i mlekiem płynącym krajem, trzęsą dzikie hordy kiboli? Wiecznie zapracowana policja, miłościwie nam panujący premier, bogu ducha winni wojewodowie i nieomylna Komisja Ligi w pocie czoła obmyślają, który stadion tym razem wylosować do zamknięcia i w jaki sposób zabić w zarodku rozwijającą się koniunkturę na piłkę. Jeszcze niedawno media odliczały i obliczały, kiedy pęknie liczba stu tysięcy kibiców na trybunach w trakcie jednej kolejki. Teraz ciekawiej jest liczyć zatrzymanych, również tych, którzy sami z adwokatem stawili się na komisariacie i tych, którzy nie mogli hasać po murawie w Bydgoszczy, bo np. są w wieku okołoemerytalnym i chodzą o lasce. Łatwiej od nich zatrzymać z kolei tych, którzy używali słów powszechnie uznanych za wulgarne na trybunach w Łodzi (a raczej poprosić klub o nazwiska, celem łatwiejszego zatrzymania). A ciemny lud to kupuje.
Kurwa, to miała być tylko krótka dygresja. Nie zamierzam wchodzić z nikim w polemiki, bo większość ludzi chodzących na mecze, by dopingować, wie, co o tym myśleć. A z wegetarianami nie ma sensu debatować o smaku mięsa. Postaram się zatem na przyszłość skupić na temacie właściwym dla tego bloga. Chodzi tylko o to, że to kolejny aspekt obrzydzania ludziom Polakom futbolu na rok przed najważniejszą sportową imprezą w historii organizowaną w naszym kraju.
Jakby tego było mało, prof. Lato wymyślił ceny biletów na mecz kopaczy pod dowództwem Smudy z drugą reprezentacją Francji. 80 (tych biletów będzie ok. 15-20%), 160, 240 zł, czyli ceny niewiele niższe, niż na grupowe mecze Euro 2012. Z jakiego powodu? Rywal nie jest przecież z najwyższej półki. Umówmy się, wielu ludzi spuszcza się na dźwięk słów "francuska reprezentacja piłkarska". Ale spuszcza się, myśląc o Zidanie, Barthezie, Lizarazu... Chyba żadna reprezentacja nie jedzie na opinii bardziej, niż Trójkolorowi. Mistrz Świata '98, Mistrz Europy 2000 i... dupa. Wicemistrzostwo Świata, maskujące nędzę francuskiego futbolu, zdobyte jeszcze przez generację Zidane'a, a prócz tego w ostatnich latach trzykrotny koniec przygody na dużych imprezach już na fazie grupowej! Obecnie Francja jest dziewiętnasta w rankingu FIFA, co może w porównaniu z siedemdziesiątym pierwszym miejscem Polski robi wrażenie, ale czy ktoś o zdrowych zmysłach zapłaciłby 60€ za bilet na mecz z Norwegią, Chile, Ghaną albo Słowenią? Nie? No proszę, a wszystkie wymienione drużyny są sklasyfikowane wyżej niż Le Bleus. 
Zresztą, mówimy ciągle o pierwszej reprezentacji Francji. Nie wierzcie nikomu, kto będzie próbował wam wmówić, że 9 czerwca rywal Polaków wystąpi w najsilniejszym składzie, nawet jeśli jest to zagwarantowane w umowie (choć i w to wątpię). W porządku, może wpadną jakieś Valbueny, Briandy i inne gwiazdy Ligue 1. Ten mecz to dla Laurenta Blanca znakomita okazja, by sprawdzić dublerów. Po ciężkim sezonie selekcjoner będzie musiał zmobilizować swoich najlepszych zawodników do gry o punkty przeciwko Białorusi, przemęczyć ich w trakcie rozgrywanego w terminie FIFA sparingu z Ukrainą i tyle. W tym drugim spotkaniu spodziewam się "plagi kontuzji" wśród podstawowych graczy Francji, którzy dziwnym trafem nie będą w stanie dojechać do Gdańska. Jeśli w ogóle Mourinho, Ferguson czy Ancelotti pozwolą swoim graczom na reprezentacyjny występ poza obligatoryjnym okresem, to Blancowi będą oni zwyczajnie zbędni. Kiedy testować zmienników, jeśli nie w towarzyskim spotkaniu z siedemdziesiątą pierwszą drużyną świata, rozgrywanym w jakimś durnym terminie?
Dlatego gorąco popieram, wspieram i dołączam swój skromny głos do akcji ZBOJKOTUJMY OTWARCIE STADIONU W GDAŃSKU. Ten mecz z wielu powodów zasługuje na szczególną oprawę - puste trybuny. 
Już raz się udało - po tym, jak Polska straciła szansę awansu na MŚ 2010, kibice skutecznie olali mecz ze Słowacją. To był prztyczek w nos PZPN-u, od którego odwrócili się sponsorzy i partnerzy, a postawieni pod ścianą włodarze podjęli pewne prospołeczne działania, na czele z powołaniem na stanowisko selekcjonera ulubieńca kibiców, Franciszka (tfu!) Smudy. Teraz reprezentacja jest w jeszcze większej dupie niż półtora roku temu, w Związku jest jeszcze gorszy burdel, a we wszystko wpierdolił się dodatkowo rząd, ze swoją walką z wyimaginowanym wrogiem publicznym w postaci piłkarskich "kiboli". Adresatów protestu jest więc jeszcze więcej.
Organizacja meczów kadry to kpina. Współgospodarz Mistrzostw Europy nie może znaleźć przeciwnika. Kiedy Ukraińcy na przestrzeni roku grają z Holandią, Brazylią, Włochami, Niemcami, Szwecją i pierwszą drużyną Francji, nam odmówili nie tylko Czesi czy Słowacy, ale nawet Cypr. CYPR (#89 FIFA) ODMÓWIŁ NAM GRY! Dlatego na rok przed Euro Polska, mając do dyspozycji dwa terminy FIFA, na jeden nie ma przeciwnika, w drugim gra z castingowym zbiorowiskiem kandydatów do gry w reprezentacji Argentyny (na stadionie Legii, którego ostatnio wojewoda nie dopuścił do meczu ligowego i za ceny jeszcze wyższe, niż w Gdańsku - bez obaw, ten mecz zbojkotuje się sam) i wymyśla trzeci, by zagrać z Francją B. To są jaja!
Nie mniejsze niż to, co dzieje się w samej kadrze i o czym piszę od jakiegoś czasu. Kupczenie obywatelstwem, wyrzucanie z reprezentacji niezbędnych jej ogniw, powołania według trenerskiego widzimisię, wyolbrzymianie jednych afer i zamiatanie pod dywan innych... Smuda zasługuje więc na pusty stadion, jako wyraz braku zainteresowania poczynaniami prowadzonej przez niego drużyny. Tym bardziej, że ten mecz może być debiutem w reprezentacji dwóch farbowanych lisów, głodnych promocji za pośrednictwem polskich barw narodowych - Perquisa i Arboledy. Dla nich też pusty stadion i kolumbijski palec w dupę gratis.
O cenach wejściówek na ten kabaret nawet nie ma co wspominać. Zasłaniając się troską o "prawdziwych kibiców" i "rodziny z dziećmi", Lato próbuje nabijać związkową kabzę. Jeśli na mecze z Argentyną C i Francją B przyjdzie garstka widzów, związkowi przejdzie koło nosa gruba kasa, którą mógłby zarobić, wyprzedając miejsca na 44-tysięcznym stadionie za bilety w cenie, jak postulowały władze Gdańska, "niewiele wyższej niż biletu do kina". Zachłanność nie popłaca, panie prezesie. Inna sprawa, czy za oglądanie tak grającej drużyny tym leśnym dziadom warto by było zapłacić chociaż 10 złotych.
No i pusty stadion dla rządu. Panie premierze, jaka jest gwarancja, że na stadionie w Gdańsku nie pojawią się obok siebie chuligani z Lechii i Arki? A jeszcze obok usiądą bandyci z Poznania, kibole z Warszawy, nożownicy z Krakowa... Albo, co najgorsze, zadymiarze z Niecieczy i bandziory z Nowego Miasta Lubawskiego, przecież w niższych ligach też jest pełno bandytyzmu na trybunach! A jeśli pojawią się kibice gości, jacyś zbłąkani francuscy emigranci? Matko i córko, burda gotowa! Donaldu Tusku, zamknij ten stadion, prędko, zanim wydarzy się tragedia!
PS. Jeszcze kamyczek do ogródka wspomnianych władz miejskich. Bodaj cztery lata temu, niedługo po tym, kiedy Polska otrzymała prawo do organizacji Euro 2012, na internetowej stronie Gdańska pojawiła się ankieta, w której każdy mógł wypowiedzieć się na temat swojego wyobrażenia stadionu, który wówczas miał nosić nazwę Baltic Arena. Odległość trybun od boiska, zasłaniany dach, wysuwana murawa... Mądry pomysł na poznanie gustów mieszkańców, potencjalnych gości stadionu. Ankieta nie była anonimowa, każdy mógł podać swoje imię, nazwisko, adres. Po co? Ano po to, żeby otrzymać DARMOWE zaproszenie na otwarcie Baltic Areny. Każdy, kto wypełnił ankietę i podał swoje dane, miał w podzięce dostać wejściówkę na inaugurację obiektu. Wszystko było uwiarygodnione słowami Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska. Zwracam się zatem do niego słowami Migotki ze znanego w internecie odcinka "Muminków": chyba się nie wyprzesz tej idiotycznej przysięgi?

piątek, 29 kwietnia 2011

Piłka nożna dla kibiców!

To będzie notka inna niż poprzednie. Po pierwsze, nie będzie o Smudzie. Nie będzie nawet o reprezentacji. No, może pośrednio o nią zahaczy, bo będzie o Euro. Po drugie, będzie bardziej osobista, bo teraz jestem wkurwiony nie tylko jako Polak czy kibic reprezentacji Polski, ale jako kibic w ogóle. A właściwie to jako po prostu ja, niżej (nie)podpisany.
W ubiegłym tygodniu wylosowano bilety na pierwsze (i pewnie ostatnie) w historii Mistrzostwa Europy rozgrywane w naszym kraju. Tydzień zajęło organizatorom rozesłanie maili z informacją, kto bilety dostanie, a kto nie. Od wczoraj wiadomo, kto załapał się na te ochłapy. Bo - umówmy się - 41 proc. ogółu biletów, które trafiło do kibiców, to ochłap, resztka ze stołu, przy którym biesiadują sponsorzy i tzw. "działacze".
Na bilet każdy miał równe szanse. Niestety. Spośród moich znajomych, którzy zdążyli się pochwalić wynikami losowania na facebooku, loterię wygrały trzy osoby (zdobywając łącznie dziesięć biletów), z których dwie to kobiety, które na sto procent nie były w życiu na więcej, niż jednym meczu piłki nożnej. Z kolei w komentarzach u trzeciego znajomego dwóch gości chwali się, że mają wejściówkę na mecz Włochy-Serbia w Gdańsku. Cholera, przespałem losowanie? A nie, panowie na bilecie mają C1-C3 i nawet nie wiedzą, że grupy eliminacyjne i grupy turnieju finałowego to nie to samo.
Rozumiecie, o co chodzi? Trybuny na prawdopodobnie jedynej w naszym życiu piłkarskiej imprezie najwyższej rangi rozgrywanej w Polsce zalane będą przez falę "januszów". Trudno oszacować procentowo, ale mecze obejrzą ludzie, z których masa nie będzie świadoma, że Podolski to nie nazwisko polskiego piłkarza, a Messi i Ronaldo to nie Hiszpanie, chociaż na co dzień występują w Barcelonie i Madrycie. Że nie wspomnę o sakramentalnym pytaniu "co to jest spalony?". A miliony miłośników futbolu będą musiały zadowolić się transmisją w telewizji.
Żeby było jasne, nie bronię nikomu wstępu na mecz. Zapraszam serdecznie! Ale koniecznie na te mecze, na które nie ma biletów? Chodźcie na ligę, tam stadiony ciągle świecą pustkami! Ale nie... "Może dorzuci mi pani tą 'Kobietkę', tę?" "Ojej, może panu jednak niepotrzebna?" "A nie, dlaczego? Chętnie przejrzę".
Mistrzostwa Europy w naszym kraju to nie tylko okazja do lansu, paradowania w modnych ciuchach i z kubkiem ze Starbucksa, zrobienia sobie "foci na fejsa" i spytania "którzy to nasi?", chociaż "nasi" zagrają tylko w trzech z trzydziestu jeden meczów imprezy. Dla wielu kibiców, którzy pasjonują się futbolem od lat, Euro mogło być jedyną szansą doświadczenia niepowtarzalnej atmosfery imprezy wielkiej rangi, zobaczenia na żywo boiskowych idoli. Nie każdego stać przecież, żeby jechać np. na Mundial do Brazylii, a europejskie puchary to jednak inny rodzaj zawodów.
Jeśli czyta to ktoś z ludzi, których określiłem tu mianem "janusza" (w dużym skrócie - osoba, która nie bardzo ogarnia, co to za mecz i o co chodzi, ale jest na to moda, więc idzie np. na mecz Arki z Bełchatowem wymalowana w biało-czerwone barwy), to chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie chodzi o to, że to źle, że idziecie na mecz. Świetnie, wpadajcie częściej! Ale, szanowne studentki kulturoznawstwa czy innych teatrologii, pomyślcie sobie, jak byście się czuły, gdyby raz na miliard lat do Polski (ba, do waszego miasta!) zawitał jakiś światowej sławy teatr/wasz ulubiony zespół muzyczny/ktoś, o spotkaniu kogo zawsze marzyłyście, a bilety na to widowisko zamiast do was, trafiłyby w drodze losowania w ręce jakichś "tępych kiboli", czy ogólnie osób niezwiązanych z tematem.
Oczywiście, trudno, by przed zamówieniem biletu każdy musiał przechodzić jakiś test piłkarskiego IQ. Ale może część biletów winna być dystrybuowana przez kluby z miast-gospodarzy? Może na przykład jakiś procent wejściówek na mecze rozgrywane na Baltic Arenie mogliby w pierwszej kolejności kupić kibice z karnetami na mecze Lechii Gdańsk, a na stadion w Poznaniu - fani Lecha? Nakręciłoby to przy okazji koniunkturę na rodzimą Ekstraklasę, a ludzie z metropolii, w których rozgrywanego będą Mistrzostwa, mogliby je poczuć w sposób bezpośredni, a nie tylko obserwując np. najebanych Angoli kąpiących się w miejskich fontannach. To luźny pomysł, zresztą zupełnie bez znaczenia, bo klamka zapadła, bilety rozlosowano, a armia "januszów" i tak zasiądzie na trybunach.
W Polsce nie ma klimatu na Euro. Piłkarze Smudy grają dramatycznie. O ile grają w ogóle, bo aktualnie wszystkie reprezentacje o poziomie wyższym niż Vanuatu boją się stawić czoła naszym "orłom". Afera korupcyjna zbiera żniwo już nie tylko wśród anonimowych działaczy, ale także wśród piłkarzy kręcących się wokół drużyny narodowej. W mediach nie ma już terminu "kibic", a "pseudokibice" to rzadkie, pieszczotliwe określenie. Są tylko "kibole", ewentualnie "bandyci" i "chuligani", którzy nagle stali się największym wrogiem narodu. Kiedy rozbijana jest jakaś grupa przestępcza, w informacji koniecznie musi znaleźć się adnotacja, jakiej drużynie kibicowali zatrzymani. Ci, którym szczęśliwie udało się trafić na mecz ligowy, muszą liczyć się z tym, że za rzucenie serpentyny czeka ich wysoka grzywna, za każdą "kurwę" mogą dostać zakaz stadionowy, a raca w oprawie niechybnie skończy się wycieczką do pierdla, i to na przeciwną stronę planszy, niż tylko "w odwiedziny".
Niemniej jednak, mimo tragikomicznej otoczki polskiego futbolu, stadiony na Euro puste nie będą, w dużej mierze dzięki "januszom". UEFA skasuje tyle, ile chciała, Polski Związek Premii i Nagród wymyśli coś, by zarobić jeszcze więcej, miasta może na imprezie nie stracą... Ale gdzie w tym wszystkim dobro polskiej piłki, która miała być największym beneficjentem przyznania naszemu krajowi organizacji Mistrzostw Europy?
PS. Osobną kwestią jest to, że sama dystrybucja tych biletów to szwindel stulecia. Za wylosowane wejściówki trzeba zapłacić bodaj do lipca, a szczęśliwcy otrzymają je na miesiąc przed Mistrzostwami. I tak, tłumacząc się względami bezpieczeństwa, czy sam chuj raczy wiedzieć jakimi, przez dziewięć miesięcy Europejska Mafia Piłkarska będzie obracała MILIONAMI EURO! Nie chce mi się w tej chwili dokładnie liczyć, ile wyniesie całkowity zysk, ale prawie 600 tysięcy biletów pomnożone przez - uśrednijmy - 60€, daje nam ponad 100 milionów złotych, pożyczonych bez procentu od kibiców. Tak się robi biznes!
PS2. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i ich prawdziwych wpisów na facebooku jest oczywiście przypadkowe.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Ja to rozumiem, ja to szanuję, ale...

Niewielu jest w tym kraju ludzi, którzy w czterozdaniowej wypowiedzi potrafią zawrzeć cztery bzdury. Rzuciłem okiem na opinię Smudy po meczu Lech-Legia. Tylko rzuciłem okiem, przypadkiem, naprawdę, nie szukałem sensacji. No ale... Tako rzecze Franz:
1) "Teraz dałbym spokój i Maciejowi Skorży i Jose Mari Bakero. Tylko w Polsce zwalnia się po jednym nieudanym meczu" - bzdura. Po pierwsze, nie tylko w Polsce, po drugie, nie po jednym meczu. Nie chcę wchodzić w skórę właścicieli Lecha i Legii, a nawet w skórę kibiców tych dwóch drużyn, bo są to najpewniej jedni z najbardziej zawiedzionych ludzi w kraju. Wielkie możliwości, pieniądze, nazwiska, zajebiste stadiony... I co? Gówno, miejsca w lidze za Jagiellonią czy Lechią, a dziś prawdopodobnie jeszcze za Śląskiem. Nie chciałbym wchodzić w ich skórę i decydować, czy trenera trzeba wypierdolić dyscyplinarnie w tej chwili i liczyć, że nowy zbierze te piłkarskie wraki do kupy, czy poczekać aż obecny szkoleniowiec spierdoli wszystko, co się da, a po sezonie podziękuje się jemu i połowie piłkarzy. Okej, Bakero się jeszcze jakoś broni. Przejął zespół, kiedy ten był w przedsionku czarnej dupy, a teraz ma szansę na podium ligowej tabeli. Gdyby miał wystawiać sobie metryczkę, nie wspomniałby zapewne o tym, że swoimi kretyńskimi personalno-taktycznymi posunięciami spieprzył szansę na awans do kolejnej rundy Europa League, a także zabił efektowny, ofensywny styl, który prezentował Lech za Zielińskiego, czy (tfu!) za Smudy.
Ale Skorża? Po porażkach na początku sezonu powiedział, że zespół może walczyć o mistrzostwo, póki nie dozna więcej, niż pięciu porażek. Prowadzona przez niego Legia w lidze przegrała dziesięć razy. DZIESIĘĆ! Więcej razy pokonana z boiska schodziła tylko ostatnia Cracovia. Czy to, panie Smuda, jest "zwolnienie po jednym nieudanym meczu"?
Ale trudno się Franzowi dziwić. Musi brać swoich kolegów po fachu w obronę, bo gdyby ktoś się przyjrzał, okazałoby się, że dwaj tak krytykowani szkoleniowcy mają... lepszy procent zwycięstw w Ekstraklasie,niż on w roli selekcjonera kadry. Dlatego, szanowni kibice, za każdym razem, kiedy postulujecie o - delikatnie ujmując - rozwiązanie kontraktu ze szkoleniowcem waszego klubu, przypomnijcie sobie, że człowiek odpowiedzialny za najważniejszą drużynę w kraju, która reprezentuje każdego z nas, ma prawdopodobnie gorszy bilans od waszego "ulubieńca". Zadbajmy o polską kadrę, wypierdolmy Smudę!
2) "Rozmawiałem z nim ostatnio na ten temat, widać, że poprawia się w tym elemencie" - to o Jakubie Rzeźniczaku, gościu, który w trzech-czterech pierwszych kolejkach na wiosnę był absolutnie wyróżniającą się postacią swojej drużyny. Smuda wziął go na zgrupowanie i nie pozwolił powąchać boiska, uznając najwidoczniej, że Rzeźniczak nie jest godny kolejnego występu w reprezentacji, że jest za słaby. Na prawej obronie absolutnym pewniakiem jest (był?) Piszczek. Kiedy więc był czas, by sprawdzać jego potencjalnych zastępców/następców, jeśli nie np. w potyczce z Litwą? Wtedy Smuda uznał, że Rzeźniczak się nie nadaje. Teraz może okazać się, że zawodnik Borussii na dłużej wypadnie z reprezentacji, więc pan trener komplementuje zawodnika, który po powrocie ze zgrupowania wsławił się jedynie tym, że dostał po twarzy od Starucha. Franz, jak zwykle zresztą, konsekwentny do bólu.
3) "Nie jestem sędzią, ale nie dałbym Krzysztofowi Kotorowskiemu za starcie z Manu nawet żółtej kartki, natomiast zaliczyłbym nieuznanego gola Artiomsa Rudnevsa" - ocenił sporne sytuacje w tym meczu bezstronny człowiek, który jako doświadczony trener, a obecnie jedna z najważniejszych osób w polskim futbolu, powinien znać się co nieco na przepisach gry w piłkę nożną. Podkreślam słowo "bezstronny", bo nie zakładam, że wydając taki osąd, Smuda kierował się osobistą sympatią do Lecha. Wolę zrzucić to na karb jego głupoty. Gość wychodzi sam na sam z bramkarzem, mija go, znajduje się przed zupełnie pustą bramką, golkiper wycina go, nie mając szans na trafienie w piłkę, a człowiek, który - wydawałoby się - zjadł zęby na piłce, twierdzi, że Kotorowski nie zasłużył nawet na żółtą kartkę! Zrozumiałbym jeszcze, gdyby powiedział, że nie widział tam faulu. Przewinienie było ewidentne, ale okej, ktoś mógłby upierać się, że Kotorowski go nie trafił, że Manu symulował, że próbował wymusić... W porządku, nie zgadzam się z tym, ale ktoś może mieć coś z oczami. Ale Smuda milcząco przyznaje, że faul był, za to bramkarza Lecha nie powinna spotkać za niego żadna kara indywidualna. Matko Boska, selekcjoner reprezentacji Polski nie zna się na piłce nożnej! Nie zna przepisów, nie zna wytycznych, nie zna realiów!
Spalonego Rudnevsa nie będę komentował, każdy widział tam to, co chciał widzieć. A że większość piłkarskiej Polski uznała decyzję arbitra za słuszną? E tam, Franciszek Smuda i tak wie swoje.

piątek, 15 kwietnia 2011

Razom nas bahato, nas ne podołaty!

Pseplasam pamiętnicku, ze tak długo nie pisałem... Ale cóż, dopóki nie wpadnę na pomysł, jak na swoich gorzkich żalach zarobić cokolwiek (prócz szacunku ludzi ulicy), to z motywacją do tworzenia może być różnie. Zresztą, ktoś mądry kiedyś mi powiedział, że pisanie za darmo, wyłącznie dla własnego zadowolenia, prowadzi do grafomanii. A za młody jestem, żeby skończyć jak Tuzimek albo Stec. Pewnie, chciałbym za grubą kasę siedzieć i mądrzyć się w telewizorze, ale... Wiadomo, przyroda.
No, to tyle o mnie, a co tam u pana Franciszka? W sumie nic nowego, niestety, dalej jest trenerem. Tylko jakby krytyków mu przybyło. Po tym "skandalu w Pireusie", kiedy został "pierwszy raz wygwizdany", kilku dziennikarzy przejrzało na oczy. "Wyborcza", "Polska The Times", "Przegląd Sportowy", "Tylko Piłka"... To chyba nie koniec listy gazet, które w ostatnich tygodniach zamieściły artykuły z rozkminami o zwolnieniu Smudy. Razom nas bahato! Aż się ciepło na sercu robi.
Ale co tam dziennikarze... Jazdę po trenerze rozpoczęli jego podopieczni. I to nie tylko Artur Boruc i Michał Żewłakow, ze strony których krytyka jest sprawą oczywistą. Nie mają szans na grę u Smudy, a o tym, że cierpi na tym drużyna, a nie oni, przekonały ostatnie mecze.
Z kadrą na Euro pożegnał się także Patryk Małecki, którzy opowiedział o kulisach spotkania z selekcjonerem na kawie. Obaj byli w tym samym miejscu, każdy popijał małą czarną z kimś innym, ale widzieli, że ten drugi jest w tym samym lokalu. Ergo - Smuda był na kawie z Małeckim. Ma sens. A ja kiedyś byłem na meczu z Messim. Ja byłem na trybunach, on na boisku, ale byliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie, więc mogę powiedzieć, że byłem z nim na meczu. A z Tuskiem spotykam się parę razy w roku, tylko wolę się nie chwalić. Na odpowiedź znanego z niezmieniania poglądów trenera nie trzeba było długo czekać. Teraz podobno już nie temperament jest problemem. Mnie już nie chodzi o jego charakter, patrzę na niego od strony piłkarskiej - powiedział niedawno. Nikt mnie nie zmusi, bym brał go na siłę. Niech gra w lidze, niech pokaże, że jest od tych dwóch (Błaszczykowskiego - od pół roku bez formy i Peszki - ledwo przywróconego do kadry po dożywotnim skreśleniu, przyp. mr) lepszy, że jest najlepszy w ekstraklasie. No pewnie, w kadrze muszą grać najlepsi. Pozostaje tylko czekać, kiedy Małecki będzie równie najlepszy co Kucharczyk. Że o Wilku czy Wołąkiewiczu z grzeczności i z powodu innych pozycji na boisku nie wspomnę.
W klasyfikacji kanadyjskiej najlepszy z kolei jest Sobiech, czyli... kolejny, który nie zagra na Euro. Bo śmiał skrytykować analne zapędy Arboledy, pedał jeden. A kiedy Smuda powiedział mu, żeby - tu cytat - trzymał język za zębami, on odpowiedział - tu również cytat - że nie będzie trzymał języka za zębami. Gówniarz jeden, bezczelny typ. Cóż, jedni lubią trzymać palce w czyjejś dupie, inni język za zębami. I - powiedział Pan, polewając swoim uczniom - bądźcie jak oni, albowiem tylko tacy Euro z boiska oglądać będą.
Nie wytrzymał też Robert Lewandowski. Dyskretnie, acz dosadnie zjebał Smudę po meczu z Grecją, zarzucając mu nieumiejętność doboru taktyki do jej wykonawców. Ale trener wie lepiej. "Gdybym miał jedenastu idealnych graczy, niepotrzebne byłoby im żadne ustawienie". I chyba cholernie wierzy w to, że ma tych jedenastu ideałów, bo myśli taktycznej na boisku nie widać. Rozumieją się ci, którzy grają ze sobą w klubie, a inni po prostu biegną w kierunku piłki. Franek szybko zreflektował się jednak, że nie bardzo można Lewandowskiemu grozić, bo po tym jak nieformalnie odpalił już Jelenia, napastnicy strzelający gole w silnych ligach mogliby mu się błyskawicznie skończyć. Wysilił się więc tylko na błyskotliwą ripostę pod adresem napastnika Borussii, mówiąc, że jeśli ten będzie wykorzystywał takie sytuacje, jak w meczu z Grecją, to "problemu nie będzie". Nie twierdzę, że to dobrze, że Lewandowski nie trafił, bo gracz o jego umiejętnościach powinien pakować takie piłki do bramki z palcem w dupie (sorry, Ebi) zamkniętymi oczami. Ale czy ta jedna bramka naprawdę zmieniłaby ogólnie mizerny obraz? Czy naprawdę ten gol sprawiłby, że "problemu nie będzie"?
Swoją drogą, żałuję, że nie widziałem nigdy Smudy na boisku. Podobno występował jako obrońca. Nie wiem, ile samobójów strzelił w karierze, ale jeśli robił to z taką gracją, z jaką czyni to teraz, to musiało być wesoło. "Jeśli wszyscy będą zdrowi, mam już jedenastu graczy, na których można polegać". To oczywiście o jedenastce na Euro. Ekstra, kurwa! Z przodu Lewandowski, który jeszcze ma kredyt zaufania. Ale kto wie, czy jeśli po następnym meczu skrytykuje taktyczny geniusz selekcjonera, nie podzieli losu Boruca i Żewłakowa. Butelkę wina można podrzucić każdemu. Na skrzydłach rezerwowy Błaszczykowski i Obraniak, który odkąd zmienił obywatelstwo z francuskiego na polskie, z francuskiego na polski zmienił również styl gry. W środku nijaki, opasły Murawski i Matuszczyk, któremu, cholera, nie mogę nic zarzucić. Oprócz tego, że jeszcze ze dwa lata temu był Niemcem. Między słupkami Bramkarz Arsenalu. Który? Pewnie rezerwowy, tak żeby pójść pod prąd i zaskoczyć publikę. Na koniec celowo zostawiłem obronę. W tej formacji każdemu czegoś brakuje. Grający na lewej stronie Niemiec Boenisch nie ma kolana, francuski stoper Perquis i kolumbijski płaczek Arboleda nie posiadają polskich paszportów, a "prawy obrońca Borussii Dortmund i reprezentacji Polski, grający kiedyś w Zagłębiu Lubin i Hertcie Berlin, syn Kazimierza i Haliny Piszczków, brat Marka Piszczka (kocham to, kurwa, kocham to!), Łukasz P." - nazwiska.
I choć jeszcze jakiś czas temu selekcjoner zarzekał się, że jeśli okaże się, że jeśli jakiś piłkarz był zamieszany w korupcję, to z jego drużyny "wyleci, choćby to był sam Ronaldinho". Dodał też, że za błędy młodości trzeba płacić i nie będzie to okolicznością łagodzącą. Wylatuje taki i już. No i teraz Łukasz, syn Kazimierza i Haliny Piszczków, deklaruje, że jest przygotowany na to, że w reprezentacji już nie zagra i rozważa przy tym dobrowolne z niej zrezygnowanie. Zaznacza przy tym jednak, co następuje: "W środę powiedziałem Franciszkowi Smudzie o rozterkach. Trener prosił, żebym nie podejmował pochopnych decyzji, bo przemawiają przeze mnie emocje". To musiała być ciekawa rozmowa.
- Trenerze, to co, teraz powinienem pewnie sam zrezygnować z kadry? Żeby nie było, że mnie trener za karę wyrzuci...
- Nie podejmuj żadnych pochopnych decyzji, przemawiają przez ciebie emocje. Weź nie pierdol, Łukasz...
- Ale trener sam mówił...
- A co ja teraz bez ciebie zrobię? Kikuta powołam?! Czy tego z Grecji, jak mu tam? Wyżeł? Owczarek?
- Sznaucner
- No no, sznaucer
- No ale trener sam mówił, że korupcja, że nigdy...
- Chuj, młody byłeś!
- Ale trener sam mówił, że jak korupcja, to nawet że młodzi, że nie...
- Oj tam, oj tam - powiedział Smuda, po czym czule, niczym troskliwy, wyrozumiały ojciec, pogłaskał P. po główce.

czwartek, 31 marca 2011

Smuda zachęca do picia!

Chciałem napisać o Żewłakowie i stanie polskiej obrony po zakończeniu przez niego kariery. Chciałem napisać o Arboledzie, który robi wszystko, żeby jednak nie zagrać w polskiej kadrze. Chciałem wreszcie napisać o pogardliwym stosunku Smudy do Ireneusza Jelenia, jednego z dwóch polskich napastników strzelających gole w silnej lidze. Ale to są tematy, które można rozwijać codziennie i wkrótce przyjdzie na to czas. Już za parę dni Dyzma na parę tygodni zamilknie. Będzie udawał, że ogląda Ekstraklasę, że szuka do kadry Polaków, a nie tylko sra i wymyśla do swojej drużyny kolejnych obcokrajowców. Ale teraz ma jeszcze swoje kadrowe pięć minut, więc wykorzystuje je na robienie tego, w czym jest najlepszy. Pierdoli bzdury.
"Poradziliśmy sobie z kryzysem" - powiedział Donald Tusk, ukazując za swoimi plecami mapę, na której Polska jest zieloną wyspą Franz dzień po dramatycznie nudnym meczu z rezerwami Grecji i 5 dni po tzw. kowieńskim wpierdolu. "Zdarzyło się takie jedno dziwne zgrupowanie, ale trzeba jechać dalej, bo nasza drużyna rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej, czy się to komuś podoba czy nie" - dodał. Czy to przypadek, że w dwóch zdaniach Dyzmy widać analogię z wystąpieniami dwóch znanych polskich bajkopisarzy - Tuska i Gierka? Mamy 14 miesięcy do Euro, drużyna, która buduje się od półtora roku, nie ma nawet solidnych fundamentów, w dwóch meczach przeciwko rezerwom drużyn, które jeszcze niedawno były w naszym zasięgu, nie strzelamy gola, gramy bez stylu, myśli taktycznej, ładu i składu, ale "drużyna rośnie w siłę". Na jakiej podstawie pan, szanowny trenerze, tak twierdzi? Czego jak czego, ale siły to pańskim podopiecznym pozazdrościć nie można, skoro nawet do wydupczenia czterech kurew potrzebowali przewagi liczebnej.
Kiedy wydawało się, że reprezentacyjna "bunga bunga" (strasznie wkurwia mnie porównywanie tej niewinnej zabawy na dwa hotelowe pokoje do potężnych orgii Berlusconiego; ale cóż, jaki kraj, taka bunga bunga) została ostatecznie zamieciona pod dywan, przemówił sam Smuda. "Ja im wierzę, skoro mówią, że nic nie było i nie miało to wpływu na ich sportową formę". To nie było, czy nie miało? "Panie trenerze, nie ruchaliśmy" czy "Panie trenerze, ruchaliśmy, ale my tak zawsze na zgrupowaniach, to nie ma wpływu na formę, tylko niech pan żonom nie mówi'? Na moje to i jedno i drugie jest kłamstwem, bo różnicę w dyspozycji fizycznej piłkarzy w piątek i we wtorek było wyraźnie widać.
Franio ubolewa też, że "Fakt" nie podał nazwisk, przez co każdy, łącznie z nim (!), był i jest podejrzany. Ale czy to naczelny tej gazety jest opiekunem reprezentacji i czy on odpowiada za porządek w kadrze? Ok, "Fakt" dał dupy, zaczynając sprawę i nie podając szczegółów, ale trener będąc na miejscu mógłby rozpocząć własne śledztwo. Na pewno w drużynie jest jakieś "głębokie gardło", z którego da się wyciągnąć więcej niż z innych. Chyba, że Smuda liczył, że naczelny kapuś - Zieliński - będzie w stanie być w kilku miejscach naraz.
Na koniec absolutny hit tego wywiadu. "Gdybym złapał któregoś na piciu, to albo on musiałby odejść z kadry, albo ja" - oznajmia trener. Przyjrzyjmy się temu raz jeszcze: "ALBO ON, ALBO JA"! Jeszcze raz, powoli. Jeśli Smuda przyłapie kogoś na piciu, to albo go wyjebie, albo SAM ODEJDZIE! Przecież to jawna prowokacja, zachęta do łojenia do porzygu.
Drodzy piłkarze! Ku chwale Ojczyzny, dla dobra polskiej piłki, polskich kibiców i najważniejszej imprezy sportowej w XXI wieku w naszym kraju - na następnym zgrupowaniu WSZYSCY chlejcie do oporu! Dwudziestu was przecież nie wywali.

środa, 30 marca 2011

Szok! Franciszek Smuda wygwizdany!

Przeraża mnie to, jak bardzo wszyscy przejmują się tym, co napiszą "opiniotwórcze" gazety sportowe. Dziś Gazeta.pl i WP na swoich głównych sportowych stronach głoszą, że "Smuda został wygwizdany", dodając, że zdarzyło się to "pierwszy raz". Dalej okazuje się, że nie są to ich własne obserwacje, a przedruk z "Przeglądu Sportowego". Ludzie, jednym z najważniejszych sportowych wydarzeń dnia w Polsce i na świecie jest to, że "Przegląd Sportowy" napisał, że "SMUDA ZOSTAŁ PIERWSZY RAZ WYGWIZDANY"!
To, że wielu dziennikarzy nie ma zdolności logicznego myślenia, wiadomo nie od dziś. Okazuje się też, że niektórzy mają przytępiony wzrok i słuch. Antoni Bugajski musiał czymś zapchać miejsce przeznaczone w gazecie na relację z tego spotkania. A że sam mecz był okrutnie nudny, nijaki i trudno napisać o nim więcej niż dwa akapity, Bugajski wplótł w sprawozdanie fragment o tym, że przy prezentacji odezwały się gwizdy pod adresem szkoleniowca."To chyba pierwszy taki przypadek" - pisze. Jego odkrywcze wynurzenie obiega portale i ciemny lud musi skłonić się do refleksji: chyba coś nie jest nie tak, skoro gwiżdżą na trenera...
Kurwa mać. Nigdy nie siedziałem w loży prasowej, nie byłem na stadionach w Pireusie, ani w Kownie. W Faro i Algarve też nie gościłem. Wszystkie ostatnie mecze drużyny Smudy spędziłem przed telewizorem. I, cholera, gwizdy słyszałem nie tylko w Pireusie! Może coś jest nie tak z moim odbiornikiem, może z moim słuchem, nie wiem. Ale jakoś nigdy w trakcie "Na Wspólnej" nie słyszę gwizdów. Przy "Teleexpressie" też sobie takowych nie przypominam. A nigdy oglądając np. Ligę Mistrzów nie słyszałem okrzyków "Franek Smuda, gdzie te cuda?". A w Kownie owszem! I to częściej, niż "Jebać PZPN!", a to już naprawdę dużo.
Kibice gwiżdżą? O nie! Gdyby to nie była reprezentacja i gdyby to nie był Smuda, to przy takich wynikach drużyny kulturalne pytania o cuda musiałyby ustąpić miejsca "kurwom" i "wypierdalaniu", a otwarte pisanie o zwolnieniu trenera nie byłoby traktowane jako zjawisko, tylko jak norma. Smudzie wolno więcej, bo zaczynał z zajebiście wysokiego pułapu zaufania. To tak, jakby jakaś partia przejęła władzę w kraju z poparciem 85 proc. i to po rządach ludzi popieranych przez 3-5 proc. Po półtora roku nieudolnego rządzenia, podnoszenia podatków, wzrostu cen, porażek w polityce zagranicznej, partia ta prawdopodobnie dalej mogłaby liczyć na ponad połowę głosów. I tak jest ze Smudą. Ludzie pamiętają głównie późnego Beenhakkera i dramatycznego Majewskiego oraz obietnice i nadzieje, które rozbudził Franz. Dalej więc żyją wyobrażeniami i myślą sobie, że może nie jest tak źle. Otóż jest!
Spójrzmy, co by się działo, gdyby Smuda był trenerem klubu polskiej Ekstraklasy. Czy przy takich rezultatach kibice nie żądaliby jego dymisji? Czy byłby w stanie zachować stanowisko? W 20 meczach wygrał siedem razy, siedem zremisował i sześciokrotnie przegrał, zgromadził więc 28 punktów. W rodzimej lidze rozegrano dotychczas 19 kolejek. 28 oczek zgromadziły trzy zespoły: Lech, Śląsk i Bełchatów. W dwóch z nich już w tym sezonie wymieniano szkoleniowców, a Maciej Bartoszek w GKS-ie wcale nie czuje się pewnie. Wnioski wyciągnijcie sami.
Przy okazji, wiecie, kto zdaniem ankietowanych na Onecie był najlepszym zawodnikiem meczu z Grecją? Michał Żewłakow. Dostał prawie dwa razy więcej głosów, niż drugi Grzegorz Sandomierski. Zabawnie, co? Ale niech ginie! Alkoholicy w koszulkach Chicago Bulls nie mogą się w niczym przydać kadrze.

wtorek, 29 marca 2011

He, he, he

Nie ruchamy - dobrze gramy. Polacy chyba chcieli zagrać tak, żeby udowodnić, że koncentrują się wyłącznie na grze w narodowych barwach, a prasowe doniesienia to bujdy. Zagrali dokładnie odwrotnie. Teraz możemy być pewni, że przed meczem z Litwą coś im przeszkodziło w osiągnięciu korzystnego wyniku. W Pireusie rozegrali niezłe zawody, udowadniając, że jeśli chcą i nie rozpraszają ich flaszki, kurwy i teletubisie, to mogą dyktować rywalom swoje warunki gry.
Sam mecz był nudny jak debata kandydatów do rady dzielnicy. Grecy zaskoczyli mnie swoim ultradefensywnym nastawieniem. Jeśli podejmuje się drużynę sklasyfikowaną w rankingu FIFA o sześćdziesiąt (!) miejsc niżej, to chyba nawet tak kochająca bronienie się ekipa, jak Grecja, powinna chociaż próbować ataków. A gospodarze przez cały mecz stworzyli jedną stuprocentową okazję, ale Mitroglou pozwolił podbudować się Sandomierskiemu, strzelając mu w nogi. Samaras, który teoretycznie był najbardziej wysuniętym napastnikiem, częściej pokazywał się pod własnym polem karnym, niż w okolicach polskiej szesnastki. Grecy może coś kombinowali, ale polska obrona spisywała się nadzwyczaj dobrze.
A propos... Okazało się, że pożegnaliśmy dziś najlepszego polskiego obrońcę. Glik nie jest godzien, żeby wkręcać mu korki, a Jodłowiec, Sadlok i Wołąkiewicz powinni skorzystać z okazji i poprosić go o autograf. O Arboledzie i Perquisie nie rozmawiam, bo to nie Polacy. Nie chcę beatyfikować Żewłakowa i udowadniać, że od niego powinno rozpoczynać się ustalanie składu kadry. Ale Smuda na siłę szuka obrońców za granicami kraju, obrońców, którzy nigdy nie grali na poziomie światowej imprezy, a co najważniejsze - nie mają polskiego paszportu. Bez mrugnięcia okiem podziękował za to Żewłakowowi, który ma na swoim koncie występy w dwóch finałach Mistrzostw Świata i jednych Mistrzostw Europy. W trakcie przygotowań do Euro 2012, a także podczas rozgrywanego w Polsce i na Ukraine turnieju, mógłby drużynie narodowej służyć nie tylko umiejętnościami, ale i doświadczeniem, którego pozazdrościć mogą mu wszyscy koledzy z kadry.
Ale Smuda mu podziękował. Nie, wróć. Smuda go wypierdolił! Podziękowali mu Grecy, wręczając Złotego Buta. Lato i Kręcina polansowali się na murawie stadionu w Pireusie, dali mu "coś", czego Żewłakow - na twarzy którego malowało się wyraźne podkurwienie - nawet nie rozpakował i nie pokazał do kamery. I tak powinien być zadowolony, bo niektórzy jego koledzy z Klubu Wybitnego Reprezentanta nie doczekali nawet takiego podziękowania. Żegnanie zasłużonych kadrowiczów to jednak temat na zupełnie inną opowieść...
PS. Zajebisty protest zafundowali nam nasi gwiazdorzy. Pół godziny po meczu, a już mamy wywiady np.z Błaszczykowskim. Foch roku!

Nazwisk nie ma, ale też jest zajebiście

"Proooszęęęę Paaaniąąąąą! A oni zbili szybę!" "Oni? Ale kto, Jasiu?" "Nie powiem, bo nie chcę skarżyć!". Mniej więcej taką, przedszkolną logiką i moralnością wykazał się "Fakt". Dziś dalej bez nazwisk. Rzucili granat i spierdalają. Jedni wierzą, drudzy nie, ale nad Pireusem śmierdzi jak w Świeciu albo Policach. Dostaje się całej kadrze. Chociaż sześciu zawiniło, czternastu pozostałych zbiera jeby za niewinność. Jeśli w ciągu paru dni nie znajdą się dowody, to każdy będzie miał własną teorię, nie mając pojęcia o tym, co się naprawdę stało. Jak ze Smoleńskiem. Zamach "Faktu" na dobrą atmosferę w kadrze. Sztuczna mgła w hotelu, żeby nie było widać twarzy. Naciski ze strony wstrętnego pijaka Peszki na kolegów, bo bał się ruchać sam. Kto odpowiadał za przygotowanie wizyty piłkarzy w hotelu? Komisję śledczą powołać! Gdzie byli rodzice?!
A w ogóle to na pewno Małkowski, Glik, Dudka, Mierzejewski, Peszko i Grosicki, bo "tak podali na nSport". Bzdura goni bzdurę i goniła będzie, póki nie znajdą się jednoznaczne dowody, czy to na potwierdzenie wersji piłkarzy, czy tabloidu.
A Franio bezradnie rozkłada ręce. Już chyba wie, że go wychujali. Podobno (cyt. za Weszło) w drodze na trening powiedział: "Jak nie ma zdjęcia, że dupa na dupie, że goła dupa na gołej dupie, to przegrają miliony". Dobry tatuś, który chce bronić swoich dzieci przed rodzicami ich kolegi, który oskarżył je o pobicie swojego synka. Gość nie ma dwóch zębów, ale dzieci twierdzą, że to nie oni, więc tatuś straszy sądem, bo ktoś śmie obrażać jego pociechy. Później okazuje się, że kochane dzieciaczki wszystko nagrały i wrzuciły na youtube'a. Bezstresowe wychowanie, kurwa jego mać.
I tylko Michała Żewłakowa żal. Jego pożegnanie w Pireusie to - jak mówił Wojciech Kowalczyk - jakby urządzić benefis Małysza w Sapporo. I jeszcze dwa dni przed nim napisać, że Stoch, Bachleda i Hula przed wyjazdem urządzili orgię. No fajnie, że Żewłakow cztery lata grał w Olympiakosie. Ale czy Tomasowi Zvirgzdauskasowi zorganizowano by pożegnanie z reprezentacją przy okazji meczu Polska-Litwa na Konwiktorskiej? Analogiczna sytuacja. Na trybunach w Grecji zabraknie m.in. jednej z najbliższych Michałowi osób - jego brata bliźniaka, Marcina, który w tym czasie będzie przygotowywał się do piątkowego meczu GKS-u Bełchatów. Ogólnie - zabraknie Polaków.
A jest kogo żegnać. Po szesnastu latach posuchy Polska dostała się na trzy z czterech kolejnych możliwych wielkich imprez, a kluczową postacią wszystkich trzech drużyn, które przebrnęły przez kwalifikacje, był właśnie Żewłakow. Na MŚ 2002, 2006 i Euro 2008 rozegrał łącznie osiem meczów. W sumie w kadrze zagrał 101 razy, przez dokładnie 7702 minuty. Gdyby w meczu z Grecją zagrał przez pięć kwadransów, reprezentacyjne występy zakończyłby z magiczną liczbą 7777 minut. Jego brat w "Cafe Futbol" sugerował, że takie właśnie były pierwotne ustalenia. Smuda w tajemnicy trzyma szczegóły pożegnania obrońcy, a sam zainteresowany wierzy selekcjonerowi, że "nie będzie po wiejsku". Wierzyć Smudzie, ech...

poniedziałek, 28 marca 2011

Cztery dziwki, a wyruchanych pięcioro

Piłkarze tupnęli koreczkami, powiedzieli: "foch!" i udają, że myślą o jutrzejszym meczu. Dziennikarze wiedzą, kto kogo w co posuwał, ale boją się napisać wprost, bo nie mają dowodów. Nazwiska sześciu wspaniałych krążą po internecie, podobno głośno podano je także w stacji nSport (nie wiem, czy to prawda, nie stać mnie na N). Ci!, którzy ponoć znają sprawę od podszewki, na przemian milczą i twierdzą, że ta internetowa szóstka, to nie ci. Afera żyje swoim życiem. A ja się nie wpierdalam, jak mawiał Janas.
Najgłupsi w całej sprawie okazali się zawodnicy. Większość mediów o domniemanych orgiach napisała dopiero w kontekście ich oświadczenia, a do newsa zamieszczonego w "Fakcie" portale i telewizje podeszły z dystansem. Ale piłkarze bojkotując całą prasę, od "Trybuny" po "Nasz Dziennik", ściągnęli nad swoje głowy miecz Damoklesa. Teraz już nie tylko "Fakt" będzie drążył sprawę, wszyscy będą węszyć, żeby dosrać gwiazdorkom. I nieważne, czy jutro w Pireusie dostaną kolejny wpierdol, czy wymęczą zwycięstwo, dziennikarzy będą mieli przeciwko sobie. 
Jeśli faktycznie są niewinni, powinni odpowiadać krótko, że nie mają ze sprawą nic wspólnego, a jutro na boisku zapierdalać i gryźć Greków po jajach. Wszystko, byle pokazać, że są maksymalnie skoncentrowani na grze, w drużynie jest zajebista atmosfera i że to faktycznie jacyś wstrętni dywersanci próbują ją psuć.
A jeśli seksafera, jak dumnie nazywają ją niektóre media, jest faktem, powinni dalej łgać w żywe oczy i iść w zaparte. I tak, jeśli doniesienia "Faktu" okażą się prawdą, zbłaźnili się swoim oświadczeniem o niewinności. I tak stracili twarze, a dalsze kłamanie byłoby jedynie konsekwencją w działaniu.
Jedynym, który powinien w zaistniałej sytuacji trzymać gębę na kłódkę, jest Franciszek Smuda. Żeby się nie skompromitować, żeby nie pierdolnąć kolejnej głupoty... Niestety, musiał wziąć udział w konferencji prasowej. I zamiast nie komentować sprawy, wygłosił płomienne oświadczenie, w którym opowiada, jak bardzo ufa piłkarzom i jeśli oni mówią, że jedyne stosunki jakie odbywali na zgrupowaniu, przeprowadzali przy użyciu swoich prawic, to on im wierzy. Franiu... Oni cię dymają mocniej niż te cztery kurwy. Z tą różnicą, że ty za świadczenie tych usług nie dostajesz żadnych bonusów. Jeśli okaże się, że 23 marca kadra faktycznie zagrała w ustawieniu 6-4-0, to jej trener wychodzi nawet nie na idiotę, tylko na naiwnego, oderwanego od rzeczywistości człowieczka. W trakcie zgrupowania o dwóch z tej medialnej szóstki wypowiadał się w samych superlatywach. Że obaj wygrzecznieli, że jednego nie poznaje, bo jest taki milusi, a drugi też bardzo zmądrzał, a poza tym 900 km do kasyna to za daleko.
Nie panujesz nad nimi, człowieku! Prosisz, grozisz, a oni za plecami dalej cię ruchają. Trener bez autorytetu nie jest w stanie zaprowadzić drużyny do niczego dobrego. Zwłaszcza drużyny bez ośmiu czołowych piłkarzy.

Bomba z opóźnionym zapłonem

Dziennik "Fakt" zawiódł mnie dziś przeokrutnie. Najbardziej zdemoralizowany i mistrzowsko reżyserujący afery polski tabloid koncertowo spierdolił sprawę, która mogła zatrząść kadrą Smudy, a jakby to dobrze nakręcić, to i fotelikiem jej opiekuna. Gazeta gruchnęła newsem - na pozór - z dupy wyjętym, bez nazwisk, bez nazwy hotelu, bez danych prostytutek, bez zdjęć, słowem - bez żadnych konkretów. Sześciu piłkarzy, cztery kurwy, pięciogwiazdkowy apartament. Nie napisali, że to Adamiak Adam i Adamiak Adrian przywieźli luksusowym, czarnym Mercedesem o rejestracji PO 6969A do hotelu Hitlon w Poznaniu cztery prostytutki w wieku 18-21 lat i rżnęli je na zmianę w pierwszych 24 pozycjach kamasutry. To byłby news. Bez konkretów wyszło gówno.
I to gówno wyjątkowo mało klejące, bo - jak należało się tego spodziewać - piłkarze w oficjalnym oświadczeniu szybciutko zdementowali "Faktowe" plotki. Pojechali do Poznania, o 20 byli z powrotem w Grodzisku. Aaa nie, no skoro o 20 byli w Grodzisku, to wcześniej w Poznaniu nie mogli się ruchać, bo kto mądry rucha się przed 20, nie? Sprawy nie ma, "Fakt" znów coś wymyśla, znów ktoś chce mącić w kadrze.
No nie do końca. O sprawie napisało też Weszło! (i to już wczoraj), portal o tyle specyficzny, że z jednej strony nastawiony na opisywanie piłkarskich afer, a z drugiej mocno zaprzyjaźniony z piłkarzami. Im wyżej piłkarze postawieni, tym większa przyjaźń między Weszło a nimi. Skoro więc oni piszą, że z reprezentantami rozmawiali i znają szczegóły, to dla mnie reprezentacyjna bunga-bunga może być faktem, a nie "Faktem". Nie widzę żadnego powodu, dla którego Weszło miałoby pisać o sprawie, której nie było, i to w taki sposób, w jaki napisało. Oni bowiem też nie podają nazwisk, tłumacząc się dobrem piłkarzy i - o tempora, o mores - ich żon.
Weszło na ujawnieniu danych nie ma zbyt wiele do zyskania. Co prawda kładzie teraz na szali po jednej stronie zaufanie czytelników, a po drugiej informatorów i kolegów z reprezentacji, ale to nie od nieznanego większości społeczeństwa portalu ludzie bezwzględnie oczekują krwi. "Fakt" bez podania nazwisk i innych konkretów tylko traci. Był news, jest oświadczenie grajków, plotka, która miała zatrząść Polską, została zdementowana. I co z tego, że zdementowana była w sposób płytki i naiwny? "Fakt" ma w kraju opinię, jaką ma, większość ludzi na ich "afery" patrzy z przymrużeniem oka, zwłaszcza takie - oparte na zeznaniach ANONIMOWEGO świadka. 
Dlatego nie wierzę, by "Fakt" dysponując szczegółowymi informacjami, nie ujawnił ich jutro. W ciągu najbliższych kilku dni możemy spodziewać się nie tylko nazwisk piłkarzy, ale i zdjęć, wizualizacji, zeznań prostytutek i hotelowych pokojówek, opinii Antoniego Piechniczka, a nawet moralnej oceny takich zachowań w wykonaniu Stanisława Dziwisza. Bomba z gównem wybuchnie albo tuż przed, albo zaraz po nieuniknionej porażce z Grecją. Jak daleko polecą gówniane kawałki?
Trudno dziwić się, że Smuda i kierownictwo kadry próbują tuszować aferę. Mówimy o sześciu piłkarzach, podobno bez większości z nich trudno wyobrazić sobie reprezentację. Jeśli z kadry wyrzucono Boruca, Żewłakowa, Peszkę i Iwańskiego za wydarzenia, których dopuścili się de facto PO zgrupowaniu, to podobna kara powinna czekać za naruszanie regulaminu W TRAKCIE zgrupowania, dwa dni PRZED meczem z Litwą. Okej, każdemu wolno iść na kurwy. Nie każdego stać, ale każdemu wolno. Tylko że kadrowicze w trakcie zgrupowania mają przygotowywać się do godnego reprezentowania Polski. Nie są prywatnymi Adamiakami, tylko ludźmi, którzy mają jak najlepiej wypaść w koszulce z białym orłem. Trudno przypuszczać, by lud nie domagał się głów tych, którzy dopuścili się w tym czasie kontaktów z nierządnicami. Tym bardziej, że - jeśli oczywiście te informacje się potwierdzą - oświadczeniem o swojej niewinności skompromitowali się i stracili wiarygodność.
Pytanie tylko - czy naprawdę jesteśmy tak bogatym piłkarsko narodem, żeby zamykać drogę do kadry ośmiu potencjalnym zawodnikom pierwszej jedenastki? Boruc u Dyzmy nie pogra, Żewłakowa zmuszono do zakończenia reprezentacyjnej kariery. Teraz dojść do tego miałoby kolejnych sześciu? Nie jesteśmy Brazylią, żeby lekką rączką odsuwać gwiazdorów od drużyny.
A czemu odpowiedzialnością obarczać tylko piłkarzy? Skoro nie trafiają do nich prośby, groźby, a nawet dyskwalifikacje niedawnych kolegów z reprezentacji, skoro dalej czują się bezkarni, to chyba dowód jak niepoważnie traktują człowieka, który stoi nad nimi i który porządku na zgrupowaniach powinien pilnować. Czy Smudę da się w ogóle poważnie traktować, czy może stracił resztki autorytetu? Czy ktoś taki może w jakikolwiek sposób trafić do piłkarzy?
Ferowanie wyroków teraz jest jednak bez sensu. Po pierwsze, może się okazać, że cała akcja jest jednak wyssana z palca, że ktoś dał się komuś podpuścić, że ktoś z kogoś zażartował. Po drugie, jeśli reprezentacyjna orgia okaże się faktem, trzeba poczekać na ujawnienie uczestników tej zabawy. Bo jeśli bohaterami mieliby być Kaczmarek, Sadlok, Glik, Wołąkiewicz, Pawłowski i Kucharczyk, to lepszej okazji by ich wypierdolić może nie być.

sobota, 26 marca 2011

To ci powiem, że jesteś w czarnej dupie...


To były pierwsze słowa, które przyszły mi do głowy, kiedy przeczytałem nagłówek na Onecie: "Franciszek Smuda: zagrali najlepiej jak potrafili". Przeczytałem i od razu zobaczyłem scenę z jakiejś - najpewniej chujowej - polskiej komedii, której nie oglądałem i której tytułu nie podam. Siedzi sobie Tomasz Karolak w jacuzzi i odsłaniając swoją diastemę, z szyderczym uśmiechem na ustach mówi do Adamczyka (nie mylić z Adamiec, Aldoną): "To ci powiem, że jesteś w czarnej dupie".
Ty też, Franciszku, jesteś w czarnej dupie. Łomot spuściła nam Litwa, szybsze od naszych były stroje Hummela, ogrywały nas takie światowe tuzy, jak Kęstutis Ivaškevičius, gola nie potrafiliśmy strzelić nawet Ernestasowi Šetkusowi, a selekcjoner mówi, że Polacy zagrali najlepiej, jak potrafili?! Ci sami Polacy, którzy na co dzień dają sobie dobrze radę w Ligue 1 czy Bundeslidze, wczoraj byli w swojej optymalnej dyspozycji? Coś tu nie gra.
Reprezentacja to zbiór teoretycznie najlepszych ludzi w danej dziedzinie. Piłkarską reprezentację Polski stanowić więc powinni najlepsi polscy piłkarze. To truizm, ale trzeba przy tej okazji postawić pytanie: czy tych 17 mężczyzn, którzy biegali po pastwisku w Kownie było siedemnastoma najlepszymi piłkarzami w 38-milionowym narodzie? Jeśli nie, to dlaczego osoba odpowiedzialna za ich dobór, nie wybrała najlepszych? A jeśli ci faktycznie byli najlepsi, to dlaczego - zakładając, że istotnie "zagrali najlepiej, jak potrafili" - przegrali z reprezentacją kraju mniejszego, o mniejszych tradycjach i potencjale? Może osoba odpowiedzialna za ich przygotowanie dała dupy?
Ten tok rozumowania prowadzi nas nieubłaganie do następującego wniosku: winny jest albo selekcjoner - czyli ktoś, kto ich wybrał - albo trener, który miał ich poukładać, przygotować taktycznie i mentalnie. Panie Smuda, kiepskie newsy: pan jest i jednym, i drugim!
"Nie chcemy wszystkiego tłumaczyć boiskiem, na którym było łatwiej się bronić i kontrować niż grać atak pozycyjny. Nie ma takiego tłumaczenia" - mówi dalej Smuda. Nie ma takiego bicia, trenerze. Skoro nie chcemy tłumaczyć tego boiskiem, to tego nie róbmy. Uderzmy się w piersi, powiedzmy: cholera, przeliczyłem się. Kadra to nie jest klub, nie mam graczy pod kontrolą 24/7, może w ciągu kilku dni zgrupowania nie umiem do nich dotrzeć? Może powinienem odejść, zanim spierdolę coś tak, że nie da się już tego odwrócić?
Panie trenerze, to już naprawdę ostatnia chwila...
PS. Smuda wieszczy też, że "we wtorek w meczu El. Euro 2012 Hiszpanom nie będzie łatwo na tym trudnym terenie". Zadzwońcie może do kogoś z kadry Mistrzów Świata i powiedzcie im, żeby nie zapomnieli tych magicznych getrów! "Tygodnik Kibica" i firma Castrol wyliczyły, że używając ich, Polacy byliby szybsi o 6,9% i dokładniejsi o 8,8%. Pan Hiszpan ze studia TVP potwierdza!

piątek, 25 marca 2011

Na Euro słabszych niż Litwa nie będzie...


Franciszek Smuda powinien być po meczu z Litwą zadowolony. Ma teraz kolejny argument dla krytyków powoływania Arboledy, Perquisa, Kolodziejczaka, Cionka i innych odpadów narodowościowych. Nie mamy obrony. Nie i chuj. Musimy kupczyć obywatelstwem, bo ci, których już mamy, są do dupy. No panie, popatrz pan na Głowackiego. Wszyscy krzyczeli, żeby go powołać, że niby taki fajny. Powołałem, i co? Zawalił dwie bramki. Tego Glika to sam nie wiem, skąd wziąłem. No bez Arboledy ani rusz. I nie mówcie, że są gdzieś jacyś młodzi! Niech pan mi powie, gdzie są? Pokaż mi pan jakiegoś, przecież jestem tylko selekcjonerem, nie muszę wszystkich znać, bo musiałbym wtedy jeździć po Polsce i obserwować! Że Żewłakowa mogłem nie wywalać? Ja tu jestem selekcjonerem, nie drap się pan po nieswoich jajach...
Atak wygląda odrobinę lepiej, niż obrona. Ale próżno szukać tu wysublimowanej myśli taktycznej. Po prostu z przodu mamy niezłych (tak, naprawdę niezłych!) piłkarzy, którzy jakoś to sobie rozgrywali. Ale kiedy dochodziło do sytuacji strzeleckich, zawodnicy Borussii i Lille obsrywali się przed obrońcami Jagiellonii i bramkarzem Gaziantepsporu. I nie wszystko da się, panie Darku, zwalić na to, że Litwini mieli getry. Myślę, że Polaków też na taki cud techniki byłoby stać, chociaż ich sponsorem jest Biedronka - sklep dla najuboższych. Aha, i jeszcze jedno, panie Darku. "Litwini lepiej przygotowali się na grę na piachu"? Klepisko nie było brzydsze, niż to na Łazienkowskiej, na którym ugościliśmy Rumunów. Oni, zamiast biadolić, wzięli się do gry, strzelili, wygrali, pojechali. Tyle.
Ludzie, którzy łudzicie się, że na Euro ze Smudą może być dobrze, przejrzyjcie na oczy. Wpierdol spuściła nam Litwa, której połowa zawodników gra w tak krytykowanej przez wszystkich, polskiej Ekstraklasie. Jeszcze gorsza informacja jest taka, że tak słabych drużyn na Euro 2012 nie będzie! Jak skrupulatnie wyliczył "Tygodnik Kibica", szykuje się na wpierdol potrójny. Skąd więc czerpać optymizm?
Na odpowiedź czekałem prawie cały pojedynek. Po drugiej bramce dla Litwy nie mogłem doczekać się pomeczowego wywiadu z trenerem. On zawsze znajdzie coś optymistycznego, wytłumaczy, dlaczego wpierdol nie jest wpierdolem. Dzięki reklamie wspomnianego wyżej dyskontu spożywczego już w przerwie mogłem zobaczyć jego nieskalane myślą oblicze. Swoją drogą, ta reklama to mistrzostwo świata. Trener, w którego powołaniach nie można na co dzień doszukać się żadnej logiki, w spocie powołuje jakichś z dupy (a raczej z książki telefonicznej) wyjętych zawodników. Gdyby to był któryś bardziej rozgarnięty szkoleniowiec, można by doszukiwać się daleko posuniętej autoironii. A tak - PR-owy strzał w stopę. Franiu, jaj już dawno nie masz, a teraz jeszcze dajesz ostrzeliwać sobie kończyny...
Niestety, wywiadu po meczu nie było. Smuda chyba już nawet nie chciał udawać, że jest dobrze, albo musiał wymyślić jakieś pozytywy, bo na żywo ich nie widział. Ale bez obaw, na pewno rychło coś chlapnie.

Jak wygramy, to się schlamy


Telewizja Orange Sport zamieściła na swojej stronie internetowej zapis wywiadu, czy raczej pseudokonferencji prasowej z Franciszkiem Smudą, nagrany podczas zgrupowania kadry w Grodzisku Wielkopolskim. Pan trener nigdy nie był przesadnie milusi dla dziennikarzy, w końcu nie jest miękkim chujem robiony, ale teraz wydawał się wyjątkowo podkurwiony. Nie chcę bynajmniej bronić pismaków, bo Smuda i tak ma za dobrą prasę. Nerwowe reakcje trenera - mimo ostatnich, było nie było, nie najgorszych wyników - mogą wskazywać jednak, że nie jest on już tak pewny siebie i tego co robi. Może widzi, że jego koncepcja drużyny nie trzyma się kupy i wie, że Euro skończy się klapą?
Co do samych wypowiedzi Franza, to szczególnie spodobały mi się dwie.
"Z waszej strony będzie zawsze źle, bo za mało, za niska wygrana. Jak przegramy - słabo graliście."
No tak. Bo lepiej jest cały czas pierdzieć, że jest dobrze. Wygraliśmy po słabej grze - "najważniejszy jest wynik", "potrzebowaliśmy tego zwycięstwa", "styl gry nie jest istotny, liczy się zwycięstwo". Przegraliśmy - "wyniki się nie liczą", "ta porażka była wkalkulowana", "wygrywać, to ja chcę na Euro", "teraz nie jest czas na zwycięstwa, tylko na sprawdzanie ustawienia"... Czyż nie? Smuda woli zaklinać rzeczywistość i w każdym chujowym meczu doszukiwać się pozytywów. A wstrętne pismaki piszą, jak jest. Jak mawiał klasyk - od tego oni są, od tego są oni, od tego są.
"U was jest tak - jak ktoś kopnie prosto, czy parę bramek strzeli, to od razu musi być reprezentantem."
O kim to? O Kucharczyku? Wilku? Kaczmarku? Nie, ta wypowiedź dotyczy Przemysława Kaźmierczaka, który w tym sezonie jako defensywny pomocnik strzelił osiem bramek. Osiem. O pięć więcej niż napastnik Kucharczyk, dwa razy tyle, co ofensywny Mierzejewski. Owszem, piłkarza na jego pozycji nie rozlicza się ze strzelania bramek, ale z defensywnymi obowiązkami też radzi sobie bez zarzutu, a ofensywne zapędy działają w jego przypadku tylko na plus. Poza tym, nie jest to jakiś gówniarz znikąd, ma na swoim koncie występy w Porto, Boaviście, Derby, teraz od dłuższego czasu prezentuje dobry, równy poziom w Ekstraklasie. Grał w reprezentacji u Janasa i Beenhakkera, więc gra z orzełkiem na piersi też nie byłaby dla niego pierwszyzną. No ale Smudzie "nie pasuje do koncepcji", bo w kadrze są przecież "Oponka" Murawski i Wilk. Tego ostatniego nie rozumiem najbardziej. Fajny, młody, ambitny, ogarnia temat, pewnie będzie podporą kadry w eliminacjach MŚ 2014. Ale teraz? W kadrze gra częściej niż w Wiśle. Poza tym, chyba w chwili obecnej znaleźliby się od niego lepsi. Czyżby to nie był przypadkiem przykład gościa, który "prosto kopnął i od razu musiał być reprezentantem"? Kto go powołał? Dziennikarze? Czy selekcjoner?
Za trzy godziny kadra Smudy gra z Litwą. Litwini pewnie puszczą mecz, żeby nie zmęczyć się zbytnio przed spotkaniem z Hiszpanią. Czyżby kolejne "ważne zwycięstwo" na drodze do Euro? Czy jednak, w przypadku porażki, "kolejna cenna nauka, z której wyciągniemy wnioski na przyszłość"? Jak śpiewają kibice - jak wygramy, to się schlamy, jak przegramy, też się schlamy, jak zremisujemy, to się najebiemy. Co nie, Sławku?

wtorek, 22 marca 2011

Kaczmarek? A może by tak Dudka?

Wojciech Kaczmarek na zgrupowaniu reprezentacji Polski. Tej prawdziwej, powołanej w terminie FIFA. Tej teoretycznie pierwszej, najlepszej, szykowanej na Euro. Sandomierski, Małkowski, Kaczmarek - oto trzech najlepszych obecnie polskich bramkarzy. Are you fucking kiddin' me?! Oczywiście, wiadomo, kontuzje. Byłby Szczęsny, byłby Fabiański, byłby Tytoń...
A co by było, gdyby jednak ich nie było? Trzy kontuzje zdarzyły się akurat w marcu 2011 roku, ale kto zagwarantuje, że trzech zawodników na tej pozycji nie wypadnie z kadry za 15 miesięcy? Bluzę z numerem 1 dostanie Grzegorz Sandomierski i to jeszcze można ogarnąć umysłem. Fajny, wysoki bramkarz, ze znakomitym refleksem, bez wątpienia najlepszy obecnie bramkarz Ekstraklasy. Sebastian Małkowski to melodia przyszłości, w zeszłym sezonie wygryzł z bramki Lechii Pawła Kapsę i błysnął talentem, broniąc m.in. kilka rzutów karnych w lidze i Pucharze Polski. Ale czy naprawdę, gdyby Euro było dziś, Artur Boruc i Tomasz Kuszczak mieliby pełnić rolę ekspertów w studio, a na ławce reprezentacji siedziałby Wojciech Kaczmarek, lat 29? W 2010 roku solidnie grzał ławę Marianowi Kelemenowi w Śląsku, teraz przeszedł do najsłabszej w lidze Cracovii i pomógł jej nie przegrać w czterech meczach. Zgoda, w trzech z nich nie puścił bramki, a w meczu z Legią też wybronił to, co mógł. Ale czy to predestynuje go do tytułu "reprezentanta"?
Kiedyś selekcjoner kadry wybierał spomiędzy golkiperów Realu, Celticu, Manchesteru United i Arsenalu. Dziś na zgrupowaniu mamy bramkarzy Jagiellonii, Lechii i Cracovii, chociaż w klubach wymienionych w poprzednim zdaniu wciąż mamy swoich reprezentantów (Boruc zamienił Glasgow na niewiele słabszą Fiorentinę, ale w Celticu pozostał Łukasz Załuska). Czy w razie plagi kontuzji przed Mistrzostwami Europy Smuda dalej unosiłby się dumą (bo słowo 'honor' jest tu chyba nie na miejscu), czy może wobec "pożaru w dupie" przeprosiłby się z bramkarzami czołowych europejskich klubów? Bo tego, że Wojciech Kaczmarek umie więcej niż Artur Boruc i Tomasz Kuszczak, chyba nawet taki kłamczuch jak Franz nie będzie w stanie udowodnić.
Spośród golkiperów wymienionych zespołów z kontynentalnego topu celowo na koniec zostawiłem bramkarza Realu. W to, że Jerzy Dudek pojedzie na Euro, nie wierzy już nawet on sam, a trudno przypuszczać, by po Mistrzostwach ktokolwiek myślał poważnie o powołaniu 39-latka, nawet gdyby zaczął regularnie grać w jakimś klubie. Ergo - jeden z najlepszych polskich bramkarzy w historii już w reprezentacji nie zagra. Czy nie należy mu się sześćdziesiąty mecz w kadrze, dzięki któremu znalazłby się w gronie "Wybitnych Reprezentantów Polski"? W meczu z Grecją ostatni występ zanotuje Michał Żewłakow. Czy obok niego nie można by pożegnać również Dudka? Kaczmarek tak czy inaczej nie pojawi się na boisku, tak jak wcześniej nie pojawili się Kaniecki (całe szczęście, bo nie chcę doczekać dnia, w którym chłopaczek z trzema czy czterema występami w lidze, bez strony na polskiej Wikipedii, zadebiutuje w kadrze) czy Małkowski. A Dudek mógłby zagrać minutę, kwadrans, połowę, zaliczyć występ, dostać kwiaty, uścisk dłoni prezesa i cześć. Nie lepiej wyróżnić występem kogoś zasłużonego, zamiast na siłę kreować reprezentantów? Franiu, pomyśl...