Nic mnie tak nie wkurwia, jak mówienie, że czarne jest białe. Wyszedłem wczoraj z gdańskiej strefy pajaca na starówkę, żeby zobaczyć, jak bawią się wiecznie szczęśliwi Hiszpanie i Irlandczycy. A tam - niespodzianka! Zamiast zielonych i czerwono-niebieskich strojów widzę... biało-czerwone i w dodatku radosne! A co przy tym słyszę? "Biało-czerwone to barwy niezwyciężone!" - no jak to, kurwa, niezwyciężone, skoro właśnie przegrały, przejebały z kretesem, zebrały zasłużony wpierdol? No dobra, to pół biedy. Najgorsze, co można było wtedy usłyszeć, to nieśmiertelne "nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!"...
NO JAK TO, KURWA, NIC SIĘ NIE STAŁO?!?!?!?! Ludzie! Reprezentacja PZPN zajęła OSTATNIE miejsce w NAJSŁABSZEJ grupie w historii Mistrzostw Europy, w dodatku rozgrywanych U SIEBIE! Co może "stać się" bardziej niż taka katastrofa?
Tego - wydawało się - nie dało się spierdolić. UEFA w 2007 roku uwierzyła Polsce i dała jej pięć lat na przygotowanie do tej imprezy. Nie chcę wchodzić w gadki o infrastrukturze i zmianie mentalności społeczeństwa. Porozmawiajmy o sporcie. Mieliśmy PIĘĆ LAT. Pięć pierdolonych lat, żeby stworzyć reprezentację, która na największej imprezie w historii Polski nie da dupy. Mieliśmy prawie 2000 dni, aby wyselekcjonować grupę 23 gości, którzy zagrają na odpowiednim poziomie, nie spalą się psychicznie i wykorzystają szansę, którą dał im - jak i nam wszystkim - los.
Ten sprzyjał nam zresztą wybitnie. Wprawdzie w grupie trafiliśmy na drużyny, które w ostatnich pięciu turniejach o Mistrzostwo Europy przynajmniej raz stawały na podium, ale... słabszych trafić się nie dało. Wyjście z takiej grupy podczas turnieju rozgrywanego u siebie było absolutnym obowiązkiem. Zapewne już nigdy, w żadnych rozgrywkach, piłkarska reprezentacja Polski nie będzie losowana z pierwszego koszyka. Nigdy nie znajdzie się w gronie najsilniejszych, najbardziej uprzywilejowanych drużyn. Ba, wskutek rozgrywania przez dwa i pół roku wyłącznie spotkań towarzyskich (i to z różnym skutkiem) oraz Euro-klapy polski zespół znalazł się tak nisko w rankingu FIFA, że na kilka najbliższych turniejów mistrzowskich może się w ogóle nie zakwalifikować (tak niski ranking powoduje losowanie do eliminacji z czwartego koszyka, czyli znalezienie się w kwalifikacyjnej grupie z trzema teoretycznie silniejszymi rywalami).
To jednak melodia przyszłości, niedalekiej, ale przyszłości. Żeby mówić o epoce, która wczoraj dobiegła końca, chciałbym cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. Napisałem o pięciu latach na przygotowania, ale oddajmy Franzowi, że przez pierwsze dwa i pół roku rządził jeszcze Beenhakker. Holendra można było nie lubić, mógł irytować swoją pychą i pseudomentorskim tonem wypowiedzi. Ale trzeba przyznać, parafrazując Grzegorza Latę, że przy Smudzie Leo to był gość. Butny, ale inteligentny, kontrowersyjny, ale fachowy. W krótkim czasie z grupy przeciętnych ligowców stworzył zespół, który wyszedł z arcytrudnej grupy eliminacyjnej. Wzniósł rzemieślników pokroju Golańskiego, Bronowickiego czy Garguły ponad ich domyślny poziom, pokonał Portugalię, wywalczył pierwszy w historii awans na Mistrzostwa Europy. Później nieco zdziwaczał, zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Prowadzona przez niego reprezentacja na Euro 2008 wywalczyła zaledwie punkt, później kompletnie spartaczyła eliminacje do MŚ 2010. Ale nie można powiedzieć, że Beenhakker zostawił po sobie spaloną ziemię, a kadrę trzeba było budować od nowa. A tak właśnie twierdził Smuda...
Piszczek, Wasilewski, Wawrzyniak, Wojtkowiak, Błaszczykowski, Dudka, Grosicki, Murawski, Obraniak, Brożek, Lewandowski. Jedenastu spośród powołanych na Euro 2012 grało wcześniej u Leo. Gdyby kontuzji nie doznał Fabiański, byłby dwunastym i wtedy można by z wyżej wymienionych ułożyć całkiem niezłe zestawienie. Smuda miał dwa i pół roku na wyselekcjonowanie pozostałych jedenastu. Miał 34 gry towarzyskie przed rozpoczęciem turnieju, by dostosować kadrę nie tylko personalnie, ale także by nadać swojej drużynie jakiś styl gry, narzucić schemat taktyczny i wpoić go podopiecznym. 34 spotkania - czyli o cztery więcej niż rozgrywa każdy zespół w trakcie ligowego sezonu w Polsce - w których wystąpiła oszałamiająca liczba 81 (słownie OSIEMDZIESIĘCIU JEDEN) zawodników.Co można wyćwiczyć, tak rotując składem? Dość powiedzieć, że taka jedenastka, jaka wyszła na mecze z Rosją i Czechami, nigdy wcześniej nie spotkała się razem na boisku, a skład na Grecję grał ze sobą wcześniej dwa razy - przed samym turniejem. Dodatkowo na mecze o wszystko Smuda po raz pierwszy w swej selekcjonerskiej karierze zdecydował się na ustawienie z trzema defensywnymi pomocnikami. Gdybyśmy rozmawiali o Royu Hodgsonie, który angielską kadrę przejął dwa miesiące temu, kombinowanie ze składem i ustawieniem w trakcie docelowego turnieju można by ewentualnie uznać za zrozumiałe. Ale mówimy o człowieku, który na przygotowanie drużyny miał dwa i pół roku! Dokładnie 32 miesiące pobierania niemałej pensji - jak się okazuje - za nic, skoro i tak wszystko wychodziło dopiero w praniu.
Smuda miał coś, czego pozazdrościć mogliby mu chyba wszyscy koledzy po fachu - niespotykany komfort pracy. Przeszło dwa i pół roku bez rozliczania z wyników, podczas których mógł w spokoju szukać pomysłu na reprezentację. Dostał gwarancję pracy do Euro i na tym turnieju miał osiągnąć sukces (cel minimum - wyjście z grupy). Choć wszyscy patrzyli mu na ręce, nic poza patrzeniem nie mogli zrobić. Większość kibiców w niego wierzyła, nieprzychylne media też można było zliczyć na palcach jednej dłoni. I wszyscy byli karmieni tymi samymi bajkami - w przypadku porażek wynik nie był ważny, liczyło się szlifowanie jakichś elementów taktycznych, za to rezultaty zwycięskich meczów były już bardzo istotne. Gra była wciąż bezbarwna, kadra grała bez stylu i pomysłu, a dobre momenty wynikały zazwyczaj z indywidualnych poczynań poszczególnych graczy lub błędów przeciwników. Za kadencji Smudy kadra nie wygrała ANI JEDNEGO meczu przeciwko drużynom, które zakwalifikowały się na polsko-ukraiński turniej. Ale forma miała przyjść na Euro 2012 i tylko to się liczyło. Nie przyszła.
W trakcie swojej pracy Smuda wielokrotnie błyszczał niekompetencją, niekonsekwencją i brakiem umiejętności logicznego myślenia. Za incydenty odbywające się po zgrupowaniach wyrzucał z kadry kolejno Peszkę, Iwańskiego, Boruca, Żewłakowa i ponownie Peszkę, zamiatając jednocześnie pod dywan afery wybuchające przed meczami (vide słynna swego czasu wizyta jednej trzeciej kadry w poznańskim domu schadzek). O ile Peszko podłożył się dwukrotnie, a i jego forma (podobnie jak Iwańskiego) nie dałaby mu powołania na Euro, o tyle Boruc byłby niewątpliwym wzmocnieniem kadry bramkarskiej, a brak Żewłakowa był widoczny aż nadto. Z początku to na nim Smuda budował swoją defensywę, a po jego skreśleniu długo miotał się z kleceniem środka obrony. Kto wie, może gdyby nie odpalił defensora Legii, nie musiałby na pozycję stopera przestawiać nominalnych prawych obrońców (Wasilewski, Wojtkowiak), ani szukać posiłków nad Sekwaną. Selekcjoner organizował ponadto mecze dla ligowych ogórków, z których nie płynęła żadna korzyść. Spośród graczy, którzy wystąpili w ostatnim tego typu spotkaniu - przeciwko Bośni - na Euro pojechało dwóch, zresztą w roli turystów (Wojtkowiak, Kamiński). Pojęcie reprezentanta zostało zdewaluowane, bo dziś xA przy nazwisku mogą wpisywać sobie tacy zawodnicy jak Gliwa, Tosik, Janusz Gancarczyk albo Tomasz Nowak. O "farbowanych lisach" pisałem już nie raz, więc nie będę wracał do tego tematu. Podkreślę tylko, że Smuda z importowania graczy innych narodowości zrobił sposób na swoją drużynę i gdyby mógł naturalizować, dajmy na to, Rudnevsa albo Ljuboję, to pewnie zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Powołując hurtowo przeciętnych ligowców i ściągając zagraniczne posiłki, nie dał szans na występ w kadrze regularnie grającym w Europie byłym reprezentantom, jak Kuś czy Sznaucner. Nie poleciał do Anglii, by obejrzeć Cywkę i Majewskiego, bo bał się, że nie zdąży z powrotem na Sylwestra. Przy powoływaniu kadry na Euro był ślepy i głuchy na poczynania i formę mistrzów i wicemistrzów Polski, mimo, że sprawdzał ich we wspomnianych ogórkowych sparingach. Ponadto najskuteczniejszego polskiego ligowca, Tomasza Frankowskiego, w kadrze uczynił trenerem napastników. Skoro czynny wciąż piłkarz Jagiellonii jest słabszy od Brożka czy Sobiecha, to czego może ich nauczyć jako szkoleniowiec bez papierów? A jeśli jednak jest lepszy, to jego miejsce winno być na boisku lub przynajmniej na ławce, ale w dresie dla zawodnika.
Do tego wszystkiego należy dodać dziwną otoczkę meczów kadry Smudy. Zamiast w ostatnich miesiącach przed Euro grać u siebie, na pięknych, nowo wybudowanych stadionach, reprezentacja PZPN występowała w roli objazdowych cyrkowców, od Niemiec, przez Austrię i Turcję, aż po Koreę Południową. I tak wyszło na to, że w ostatnim meczu we Wrocławiu gospodarzami byli Czesi, bo grali na tym stadionie po raz trzeci, a dla kadry Smudy był to dopiero drugi mecz na tym obiekcie. Poza tym, kiedy wszystkie drużyny zjeżdżały na zgrupowania do Polski, Franz swoich zawodników zabrał do Austrii, by po powrocie umieścić ich w centrum stolicy, zamiast w którymś z licznych wysokiej klasy ośrodków na peryferiach. I kiedy większość drużyn sparowała w ostatnich spotkaniach z mocniejszymi od siebie, ewentualnie z zespołami przypominającymi stylem gry któregoś z rywali, Smuda wolał grać z kelnerami z Andory.
Kwintesencją Smudowej indolencji szkoleniowej był mecz z Czechami. Ubzdurał on sobie, że mecz z Rosją był dobry w wykonaniu jego podopiecznych, więc na pojedynek przeciwko naszym południowym sąsiadom wystawił ten sam skład. Z tym samym hamulcowym Boenischem, słabym Murawskim i beznadziejnym, tragikomicznym wręcz Obraniakiem. I przede wszystkim - ultradefensywnym ustawieniem. Na mecz, który trzeba bezwzględnie wygrać, w którym remis nic nie daje, drużyna nie może wyjść w systemie 4-3-2-1, z SIEDMIOMA defensywnymi zawodnikami! Jak walczyć o zwycięstwo pokazali Czesi. Kiedy dowiedzieli się w przerwie, że remis nic im nie daje, od początku drugiej połowy rzucili się na swoich rywali, wpakowali bramkę i... wcale nie cofnęli się, tylko próbowali ukąsić ponownie. Reprezentacja PZPN straszyła głównie z kontry i nie można powiedzieć, że poniosła porażkę niezasłużoną. A zmiany, o których tyle mówiło się w poprzednich meczach, tym razem też nie wypaliły. Szkoleniowiec przeprowadził je na szybko, kiedy trzeba było zrobić coś, cokolwiek. I tak wyglądała późniejsza gra - byle jakoś do przodu, na aferę, bez pomysłu i w nigdy wcześniej nietestowanym ustawieniu.
Wcześniej też nie było lepiej. Umówmy się, do sytuacji, po których reprezentacja PZPN strzelała gole, Smuda nie przyłożył ręki. Pierwsze trafienie to schemat z Dortmundu, drugie - indywidualny błysk Błaszczykowskiego, trzecie... A nie, przepraszam, w trzech meczach na swoich boiskach kadra strzeliła tylko dwie bramki. Franz w gruncie rzeczy dostał nie najgorszy materiał ludzki, do tego kilku zawodników, którzy znali się z gry w klubie (trio z Dortmundu, potencjalnie Wawrzyniak i Rybus na lewej stronie). Pozostało dopracować niektóre schematy i, co chyba najważniejsze, nie spierdolić gotowych. Tymczasem zepsuć udało się niemal doszczętnie ten, na który wszyscy liczyli najbardziej. Wspólna gra Mistrzów Niemiec, oprócz kilku akcji w meczu z Grecją, ograniczona była do minimum. Choć "Błaszczykowscy" szukali się na boisku, to nic z tego nie wychodziło, a Piszczek, ograniczony do zadań defensywnych, był cieniem zawodnika, o którego miał niedawno zabiegać Real Madryt.
Smuda bardzo długo jechał na farcie. Szczęście sprzyjało mu na boisku i poza nim - spadło mu z nieba Euro u siebie, grupa marzeń, nieźli - w gruncie rzeczy - piłkarze... Na tym turnieju też coś mogłoby się inaczej potoczyć, jakiś przypadkowy strzał mógłby trafić do bramki a nie obok niej, sędzia mógłby nie zauważyć spalonego przy bramce Polanskiego, Szczęsny mógł inaczej wyjść do dośrodkowania przy bramce dla Greków... Któreś zdarzenie, na którego powodzenie Smuda nie miałby żadnego wpływu, mogłoby pójść po jego myśli. Wtedy, zupełnie niezasłużenie, byłby noszony na rękach i uznawany za bohatera. Ale fart się skończył. Król jest nagi.
Usłyszałem już parę razy "to co, pewnie teraz się cieszysz, że wyszło na twoje?" Otóż nie do końca. Choć przez długi czas ten cały piłkoszał i euroentuzjazm irytował mnie, to w trakcie trwania Mistrzostw nieco zmieniłem swój stosunek. To było całkiem słodkie, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi sunęło ulicami, by przez 90 minut udawać piłkarskich ekspertów, a później ruszyć w miasto w myśl zasady "jak wygramy, to się schlamy, jak przegramy, też się schlamy, jak zremisujemy, to się najebiemy". To fajne, że w środku nocy w dzień powszedni można było pójść do centrum i spotkać tam stada ludzi żądnych zabawy. To urocze, że moja matka potrafiła zadzwonić do mnie w trakcie meczu Ukraina - Francja nie po to, by spytać co u mnie, a po to, żeby powiedzieć, że w dzisiejszej piłce zdecydowanie za dużo bramek pada po głupich, pozornie niegroźnych stratach na połowie przeciwnika. Tych wszystkich euro-zakręconych jest mi teraz szkoda. Wraz z odpadnięciem reprezentacji PZPN (no i Irlandii, ale to temat na inną opowieść) turniej straci pewnie bardzo dużo ze swojego kolorytu. Polacy ślepo uwierzyli w kadrę, pragnęli zwycięstwa, zjednoczyli się "przed katastrofą". Powiedziano im, że będzie dobrze, więc cieszyli się z sukcesików po drodze (obroniony karny, remis z Rosją), czekając, aż nadejdzie sukces wielki. Nie nadszedł.
Za ten doping, januszowaty albo sterowany, ale słyszalny i oddany, za tę bezgraniczną wiarę i serce na trybunach piłkarze muszą być fanom wdzięczni. To właśnie reprezentanci PZPN muszą dziś krzyknąć "dziękujemy!" i żałować. Tak szczerej, ślepo wpatrzonej i przede wszystkim tak licznej publiki już nigdy nie dostaną. To se ne vrati, pane Havranek. To również udało się spieprzyć.
Pytanie - co dalej? Mówi się o Piotrze Nowaku, który moim zdaniem byłby kandydatem idealnym, choćby dlatego, że jest on zupełnym przeciwieństwem Smudy. Jeszcze młody, energiczny, wykształcony. Nie jest produktem zapyziałej polskiej szkoły trenerskiej, doświadczenie na ławce zdobywał w zupełnie innych, amerykańskich warunkach. Jakiś czas temu, z rok albo półtora roku, Polsat Sport wyemitował długi materiał z wizyty Mateusza Borka w siedzibie Philadelphia Union, zespołu prowadzonego wówczas przez Nowaka. Szukałem tego reportażu gdzieś w internecie, ale nie mogę znaleźć. A szkoda, bo tego trenera naprawdę przyjemnie się słuchało. Mówił z pasją i wiedzą, prezentując przy tym używane w Stanach nowinki techniczne, ułatwiające pracę szkoleniowca. Przeniesienie tego na polski grunt mogłoby być ciekawe. To, że jest dobrym fachowcem, nie ulega chyba wątpliwości, skoro Amerykanie, niespecjalnie skorzy do promowania obcokrajowców, powierzyli mu swego czasu prowadzenie olimpijskiej reprezentacji swojego kraju. Czy odważą się na to decydenci z PZPN-owskiego betonu? Nowak kilka dni temu rozwiązał kontrakt w Filadelfii. Przypadek?
Niewyjście z tak słabej grupy na rozgrywanym u siebie turnieju jest wstydem, tak dla piłkarzy (o których celowo nie wspominam za dużo, to temat na inną notkę, którą także wkrótce popełnię), jak i dla selekcjonera. Franciszek Smuda jest obecnie trenerem skompromitowanym. Z głodu nie umrze, z pensji, premii i kontraktów reklamowych mógł odłożyć ogromne kwoty na spokojną emeryturę. Czy znajdzie się chętny na jego zatrudnienie? Pożyjemy, zobaczymy. Póki co zostaje mu promowanie produktów z Biedronki. Może z tej rywalizacji - przeciwko Lidlowi z Jackiem Gmochem "na ławce" - uda mu się wyjść zwycięsko.