niedziela, 17 czerwca 2012

Nic się nie stało... Doprawdy?!

Nic mnie tak nie wkurwia, jak mówienie, że czarne jest białe. Wyszedłem wczoraj z gdańskiej strefy pajaca na starówkę, żeby zobaczyć, jak bawią się wiecznie szczęśliwi Hiszpanie i Irlandczycy. A tam - niespodzianka! Zamiast zielonych i czerwono-niebieskich strojów widzę... biało-czerwone i w dodatku radosne! A co przy tym słyszę? "Biało-czerwone to barwy niezwyciężone!" - no jak to, kurwa, niezwyciężone, skoro właśnie przegrały, przejebały z kretesem, zebrały zasłużony wpierdol? No dobra, to pół biedy. Najgorsze, co można było wtedy usłyszeć, to nieśmiertelne "nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!"...

NO JAK TO, KURWA, NIC SIĘ NIE STAŁO?!?!?!?! Ludzie! Reprezentacja PZPN zajęła OSTATNIE miejsce w NAJSŁABSZEJ grupie w historii Mistrzostw Europy, w dodatku rozgrywanych U SIEBIE! Co może "stać się" bardziej niż taka katastrofa?

Tego - wydawało się - nie dało się spierdolić. UEFA w 2007 roku uwierzyła Polsce i dała jej pięć lat na przygotowanie do tej imprezy. Nie chcę wchodzić w gadki o infrastrukturze i zmianie mentalności społeczeństwa. Porozmawiajmy o sporcie. Mieliśmy PIĘĆ LAT. Pięć pierdolonych lat, żeby stworzyć reprezentację, która na największej imprezie w historii Polski nie da dupy. Mieliśmy prawie 2000 dni, aby wyselekcjonować grupę 23 gości, którzy zagrają na odpowiednim poziomie, nie spalą się psychicznie i wykorzystają szansę, którą dał im - jak i nam wszystkim - los.

Ten sprzyjał nam zresztą wybitnie. Wprawdzie w grupie trafiliśmy na drużyny, które w ostatnich pięciu turniejach o Mistrzostwo Europy przynajmniej raz stawały na podium, ale... słabszych trafić się nie dało. Wyjście z takiej grupy podczas turnieju rozgrywanego u siebie było absolutnym obowiązkiem. Zapewne już nigdy, w żadnych rozgrywkach, piłkarska reprezentacja Polski nie będzie losowana z pierwszego koszyka. Nigdy nie znajdzie się w gronie najsilniejszych, najbardziej uprzywilejowanych drużyn. Ba, wskutek rozgrywania przez dwa i pół roku wyłącznie spotkań towarzyskich (i to z różnym skutkiem) oraz Euro-klapy polski zespół znalazł się tak nisko w rankingu FIFA, że na kilka najbliższych turniejów mistrzowskich może się w ogóle nie zakwalifikować (tak niski ranking powoduje losowanie do eliminacji z czwartego koszyka, czyli znalezienie się w kwalifikacyjnej grupie z trzema teoretycznie silniejszymi rywalami).

To jednak melodia przyszłości, niedalekiej, ale przyszłości. Żeby mówić o epoce, która wczoraj dobiegła końca, chciałbym cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. Napisałem o pięciu latach na przygotowania, ale oddajmy Franzowi, że przez pierwsze dwa i pół roku rządził jeszcze Beenhakker. Holendra można było nie lubić, mógł irytować swoją pychą i pseudomentorskim tonem wypowiedzi. Ale trzeba przyznać, parafrazując Grzegorza Latę, że przy Smudzie Leo to był gość. Butny, ale inteligentny, kontrowersyjny, ale fachowy. W krótkim czasie z grupy przeciętnych ligowców stworzył zespół, który wyszedł z arcytrudnej grupy eliminacyjnej. Wzniósł rzemieślników pokroju Golańskiego, Bronowickiego czy Garguły ponad ich domyślny poziom, pokonał Portugalię, wywalczył pierwszy w historii awans na Mistrzostwa Europy. Później nieco zdziwaczał, zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Prowadzona przez niego reprezentacja na Euro 2008 wywalczyła zaledwie punkt, później kompletnie spartaczyła eliminacje do MŚ 2010. Ale nie można powiedzieć, że Beenhakker zostawił po sobie spaloną ziemię, a kadrę trzeba było budować od nowa. A tak właśnie twierdził Smuda...

Piszczek, Wasilewski, Wawrzyniak, Wojtkowiak, Błaszczykowski, Dudka, Grosicki, Murawski, Obraniak, Brożek, Lewandowski. Jedenastu spośród powołanych na Euro 2012 grało wcześniej u Leo. Gdyby kontuzji nie doznał Fabiański, byłby dwunastym i wtedy można by z wyżej wymienionych ułożyć całkiem niezłe zestawienie. Smuda miał dwa i pół roku na wyselekcjonowanie pozostałych jedenastu. Miał 34 gry towarzyskie przed rozpoczęciem turnieju, by dostosować kadrę nie tylko personalnie, ale także by nadać swojej drużynie jakiś styl gry, narzucić schemat taktyczny i wpoić go podopiecznym. 34 spotkania - czyli o cztery więcej niż rozgrywa każdy zespół w trakcie ligowego sezonu w Polsce - w których wystąpiła oszałamiająca liczba 81 (słownie OSIEMDZIESIĘCIU JEDEN) zawodników.Co można wyćwiczyć, tak rotując składem? Dość powiedzieć, że taka jedenastka, jaka wyszła na mecze z Rosją i Czechami, nigdy wcześniej nie spotkała się razem na boisku, a skład na Grecję grał ze sobą wcześniej dwa razy - przed samym turniejem. Dodatkowo na mecze o wszystko Smuda po raz pierwszy w swej selekcjonerskiej karierze zdecydował się na ustawienie z trzema defensywnymi pomocnikami. Gdybyśmy rozmawiali o Royu Hodgsonie, który angielską kadrę przejął dwa miesiące temu, kombinowanie ze składem i ustawieniem w trakcie docelowego turnieju można by ewentualnie uznać za zrozumiałe. Ale mówimy o człowieku, który na przygotowanie drużyny miał dwa i pół roku! Dokładnie 32 miesiące pobierania niemałej pensji - jak się okazuje - za nic, skoro i tak wszystko wychodziło dopiero w praniu.

Smuda miał coś, czego pozazdrościć mogliby mu chyba wszyscy koledzy po fachu - niespotykany komfort pracy. Przeszło dwa i pół roku bez rozliczania z wyników, podczas których mógł w spokoju szukać pomysłu na reprezentację. Dostał gwarancję pracy do Euro i na tym turnieju miał osiągnąć sukces (cel minimum - wyjście z grupy). Choć wszyscy patrzyli mu na ręce, nic poza patrzeniem nie mogli zrobić. Większość kibiców w niego wierzyła, nieprzychylne media też można było zliczyć na palcach jednej dłoni. I wszyscy byli karmieni tymi samymi bajkami - w przypadku porażek wynik nie był ważny, liczyło się szlifowanie jakichś elementów taktycznych, za to rezultaty zwycięskich meczów były już bardzo istotne. Gra była wciąż bezbarwna, kadra grała bez stylu i pomysłu, a dobre momenty wynikały zazwyczaj z indywidualnych poczynań poszczególnych graczy lub błędów przeciwników. Za kadencji Smudy kadra nie wygrała ANI JEDNEGO meczu przeciwko drużynom, które zakwalifikowały się na polsko-ukraiński turniej. Ale forma miała przyjść na Euro 2012 i tylko to się liczyło. Nie przyszła.

W trakcie swojej pracy Smuda wielokrotnie błyszczał niekompetencją, niekonsekwencją i brakiem umiejętności logicznego myślenia. Za incydenty odbywające się po zgrupowaniach wyrzucał z kadry kolejno Peszkę, Iwańskiego, Boruca, Żewłakowa i ponownie Peszkę, zamiatając jednocześnie pod dywan afery wybuchające przed meczami (vide słynna swego czasu wizyta jednej trzeciej kadry w poznańskim domu schadzek). O ile Peszko podłożył się dwukrotnie, a i jego forma (podobnie jak Iwańskiego) nie dałaby mu powołania na Euro, o tyle Boruc byłby niewątpliwym wzmocnieniem kadry bramkarskiej, a brak Żewłakowa był widoczny aż nadto. Z początku to na nim Smuda budował swoją defensywę, a po jego skreśleniu długo miotał się z kleceniem środka obrony. Kto wie, może gdyby nie odpalił defensora Legii, nie musiałby na pozycję stopera przestawiać nominalnych prawych obrońców (Wasilewski, Wojtkowiak), ani szukać posiłków nad Sekwaną. Selekcjoner organizował ponadto mecze dla ligowych ogórków, z których nie płynęła żadna korzyść. Spośród graczy, którzy wystąpili w ostatnim tego typu spotkaniu - przeciwko Bośni - na Euro pojechało dwóch, zresztą w roli turystów (Wojtkowiak, Kamiński). Pojęcie reprezentanta zostało zdewaluowane, bo dziś xA przy nazwisku mogą wpisywać sobie tacy zawodnicy jak Gliwa, Tosik, Janusz Gancarczyk albo Tomasz Nowak. O "farbowanych lisach" pisałem już nie raz, więc nie będę wracał do tego tematu. Podkreślę tylko, że Smuda z importowania graczy innych narodowości zrobił sposób na swoją drużynę i gdyby mógł naturalizować, dajmy na to, Rudnevsa albo Ljuboję, to pewnie zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Powołując hurtowo przeciętnych ligowców i ściągając zagraniczne posiłki, nie dał szans na występ w kadrze regularnie grającym w Europie byłym reprezentantom, jak Kuś czy Sznaucner. Nie poleciał do Anglii, by obejrzeć Cywkę i Majewskiego, bo bał się, że nie zdąży z powrotem na Sylwestra. Przy powoływaniu kadry na Euro był ślepy i głuchy na poczynania i formę mistrzów i wicemistrzów Polski, mimo, że sprawdzał ich we wspomnianych ogórkowych sparingach. Ponadto najskuteczniejszego polskiego ligowca, Tomasza Frankowskiego, w kadrze uczynił trenerem napastników. Skoro czynny wciąż piłkarz Jagiellonii jest słabszy od Brożka czy Sobiecha, to czego może ich nauczyć jako szkoleniowiec bez papierów? A jeśli jednak jest lepszy, to jego miejsce winno być na boisku lub przynajmniej na ławce, ale w dresie dla zawodnika.

Do tego wszystkiego należy dodać dziwną otoczkę meczów kadry Smudy. Zamiast w ostatnich miesiącach przed Euro grać u siebie, na pięknych, nowo wybudowanych stadionach, reprezentacja PZPN występowała w roli objazdowych cyrkowców, od Niemiec, przez Austrię i Turcję, aż po Koreę Południową. I tak wyszło na to, że w ostatnim meczu we Wrocławiu gospodarzami byli Czesi, bo grali na tym stadionie po raz trzeci, a dla kadry Smudy był to dopiero drugi mecz na tym obiekcie. Poza tym, kiedy wszystkie drużyny zjeżdżały na zgrupowania do Polski, Franz swoich zawodników zabrał do Austrii, by po powrocie umieścić ich w centrum stolicy, zamiast w którymś z licznych wysokiej klasy ośrodków na peryferiach. I kiedy większość drużyn sparowała w ostatnich spotkaniach z mocniejszymi od siebie, ewentualnie z zespołami przypominającymi stylem gry któregoś z rywali, Smuda wolał grać z kelnerami z Andory.

Kwintesencją Smudowej indolencji szkoleniowej był mecz z Czechami. Ubzdurał on sobie, że mecz z Rosją był dobry w wykonaniu jego podopiecznych, więc na pojedynek przeciwko naszym południowym sąsiadom wystawił ten sam skład. Z tym samym hamulcowym Boenischem, słabym Murawskim i beznadziejnym, tragikomicznym wręcz Obraniakiem. I przede wszystkim - ultradefensywnym ustawieniem. Na mecz, który trzeba bezwzględnie wygrać, w którym remis nic nie daje, drużyna nie może wyjść w systemie 4-3-2-1, z SIEDMIOMA defensywnymi zawodnikami! Jak walczyć o zwycięstwo pokazali Czesi. Kiedy dowiedzieli się w przerwie, że remis nic im nie daje, od początku drugiej połowy rzucili się na swoich rywali, wpakowali bramkę i... wcale nie cofnęli się, tylko próbowali ukąsić ponownie. Reprezentacja PZPN straszyła głównie z kontry i nie można powiedzieć, że poniosła porażkę niezasłużoną. A zmiany, o których tyle mówiło się w poprzednich meczach, tym razem też nie wypaliły. Szkoleniowiec przeprowadził je na szybko, kiedy trzeba było zrobić coś, cokolwiek. I tak wyglądała późniejsza gra - byle jakoś do przodu, na aferę, bez pomysłu i w nigdy wcześniej nietestowanym ustawieniu.

Wcześniej też nie było lepiej. Umówmy się, do sytuacji, po których reprezentacja PZPN strzelała gole, Smuda nie przyłożył ręki. Pierwsze trafienie to schemat z Dortmundu, drugie - indywidualny błysk Błaszczykowskiego, trzecie... A nie, przepraszam, w trzech meczach na swoich boiskach kadra strzeliła tylko dwie bramki. Franz w gruncie rzeczy dostał nie najgorszy materiał ludzki, do tego kilku zawodników, którzy znali się z gry w klubie (trio z Dortmundu, potencjalnie Wawrzyniak i Rybus na lewej stronie). Pozostało dopracować niektóre schematy i, co chyba najważniejsze, nie spierdolić gotowych. Tymczasem zepsuć udało się niemal doszczętnie ten, na który wszyscy liczyli najbardziej. Wspólna gra Mistrzów Niemiec, oprócz kilku akcji w meczu z Grecją, ograniczona była do minimum. Choć "Błaszczykowscy" szukali się na boisku, to nic z tego nie wychodziło, a Piszczek, ograniczony do zadań defensywnych, był cieniem zawodnika, o którego miał niedawno zabiegać Real Madryt.

Smuda bardzo długo jechał na farcie. Szczęście sprzyjało mu na boisku i poza nim - spadło mu z nieba Euro u siebie, grupa marzeń, nieźli - w gruncie rzeczy - piłkarze... Na tym turnieju też coś mogłoby się inaczej potoczyć, jakiś przypadkowy strzał mógłby trafić do bramki a nie obok niej, sędzia mógłby nie zauważyć spalonego przy bramce Polanskiego, Szczęsny mógł inaczej wyjść do dośrodkowania przy bramce dla Greków... Któreś zdarzenie, na którego powodzenie Smuda nie miałby żadnego wpływu, mogłoby pójść po jego myśli. Wtedy, zupełnie niezasłużenie, byłby noszony na rękach i uznawany za bohatera. Ale fart się skończył. Król jest nagi.

Usłyszałem już parę razy "to co, pewnie teraz się cieszysz, że wyszło na twoje?" Otóż nie do końca. Choć przez długi czas ten cały piłkoszał i euroentuzjazm irytował mnie, to w trakcie trwania Mistrzostw nieco zmieniłem swój stosunek. To było całkiem słodkie, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi sunęło ulicami, by przez 90 minut udawać piłkarskich ekspertów, a później ruszyć w miasto w myśl zasady "jak wygramy, to się schlamy, jak przegramy, też się schlamy, jak zremisujemy, to się najebiemy". To fajne, że w środku nocy w dzień powszedni można było pójść do centrum i spotkać tam stada ludzi żądnych zabawy. To urocze, że moja matka potrafiła zadzwonić do mnie w trakcie meczu Ukraina - Francja nie po to, by spytać co u mnie, a po to, żeby powiedzieć, że w dzisiejszej piłce zdecydowanie za dużo bramek pada po głupich, pozornie niegroźnych stratach na połowie przeciwnika. Tych wszystkich euro-zakręconych jest mi teraz szkoda. Wraz z odpadnięciem reprezentacji PZPN (no i Irlandii, ale to temat na inną opowieść) turniej straci pewnie bardzo dużo ze swojego kolorytu. Polacy ślepo uwierzyli w kadrę, pragnęli zwycięstwa, zjednoczyli się "przed katastrofą". Powiedziano im, że będzie dobrze, więc cieszyli się z sukcesików po drodze (obroniony karny, remis z Rosją), czekając, aż nadejdzie sukces wielki. Nie nadszedł.

Za ten doping, januszowaty albo sterowany, ale słyszalny i oddany, za tę bezgraniczną wiarę i serce na trybunach piłkarze muszą być fanom wdzięczni. To właśnie reprezentanci PZPN muszą dziś krzyknąć "dziękujemy!" i żałować. Tak szczerej, ślepo wpatrzonej i przede wszystkim tak licznej publiki już nigdy nie dostaną. To se ne vrati, pane Havranek. To również udało się spieprzyć.

Pytanie - co dalej? Mówi się o Piotrze Nowaku, który moim zdaniem byłby kandydatem idealnym, choćby dlatego, że jest on zupełnym przeciwieństwem Smudy. Jeszcze młody, energiczny, wykształcony. Nie jest produktem zapyziałej polskiej szkoły trenerskiej, doświadczenie na ławce zdobywał w zupełnie innych, amerykańskich warunkach. Jakiś czas temu, z rok albo półtora roku, Polsat Sport wyemitował długi materiał z wizyty Mateusza Borka w siedzibie Philadelphia Union, zespołu prowadzonego wówczas przez Nowaka. Szukałem tego reportażu gdzieś w internecie, ale nie mogę znaleźć. A szkoda, bo tego trenera naprawdę przyjemnie się słuchało. Mówił z pasją i wiedzą, prezentując przy tym używane w Stanach nowinki techniczne, ułatwiające pracę szkoleniowca. Przeniesienie tego na polski grunt mogłoby być ciekawe. To, że jest dobrym fachowcem, nie ulega chyba wątpliwości, skoro Amerykanie, niespecjalnie skorzy do promowania obcokrajowców, powierzyli mu swego czasu prowadzenie olimpijskiej reprezentacji swojego kraju. Czy odważą się na to decydenci z PZPN-owskiego betonu? Nowak kilka dni temu rozwiązał kontrakt w Filadelfii. Przypadek?

Niewyjście z tak słabej grupy na rozgrywanym u siebie turnieju jest wstydem, tak dla piłkarzy (o których celowo nie wspominam za dużo, to temat na inną notkę, którą także wkrótce popełnię), jak i dla selekcjonera. Franciszek Smuda jest obecnie trenerem skompromitowanym. Z głodu nie umrze, z pensji, premii i kontraktów reklamowych mógł odłożyć ogromne kwoty na spokojną emeryturę. Czy znajdzie się chętny na jego zatrudnienie? Pożyjemy, zobaczymy. Póki co zostaje mu promowanie produktów z Biedronki. Może z tej rywalizacji - przeciwko Lidlowi z Jackiem Gmochem "na ławce" - uda mu się wyjść zwycięsko.

sobota, 16 czerwca 2012

Nie polubię cię - jak powiedzieć prościej?

Eugenie Polanski (urodzony w Sosnowcu jako Bogusław Eugeniusz Polański),

gratuluję szybkich postępów w nauce języka kraju, który reprezentujesz. To wspaniałe, że po roku gry w kadrze państwa, w którym się urodziłeś, jesteś w stanie klecić zdania w języku przypominającym polski. To cudowne, że dzięki temu, że mamusia i tatuś kiedyś mówili do ciebie po śląsku, dziś można z tobą w Polsce porozmawiać bez tłumacza. Ale czy naprawdę myślisz, że wkupisz się w łaski narodu buractwem i słomą wystającą z niemieckich korków?

Byłeś chyba najdziwniejszym i najbardziej zakłamanym wynalazkiem Smudy, najbardziej farbowanym z lisów. Jako były kapitan niemieckiej młodzieżówki i zadeklarowany Niemiec pędziłeś swoją całkiem niezła karierę fussballera. Kiedy skończyła się dobra passa w Monchengladbach i Getafe, kiedy Mainz zaczęło dołować, zdałeś sobie sprawę, że chyba nigdy nie osiągniesz tego poziomu co choćby Khedira albo Kroos, ergo - nie założysz koszulki reprezentanta Niemiec, no chyba że w oficjalnym sklepie adidasa. Zapragnąłeś wtedy zostać Polakiem.

Polizaliście się ze Smudą po fiutach i "przebojem" wdarłeś się do kadry. Walczyć się z tym nie dało - jak z ZUS-em i głodem na świecie. I trzeba ci przyznać, że pod względem piłkarskim na tle tej polskiej mizerii nie prezentujesz się najgorzej. Ale czy naprawdę musisz udawać, że zależy ci na tym, czy ludzie postrzegają cię jako Niemca czy nie? Czemu postanowiłeś przejść bardzo przyspieszony kurs bycia Polakiem?

Byłem ostatnio na koncercie kanadyjskiego zespołu Billy Talent. Wokalista tej grupy ma polskie korzenie, na co wskazuje zresztą jego nazwisko Kowalewicz. W pewnym momencie zaczął on opowiadać, jak bardzo się cieszy, że wreszcie może wystąpić w Warszawie, że czuje się w Polsce jak w domu, bla bla bla. Publika szaleje! Nasz ci on! Kowalewicz nie przestaje, uruchamia standardowy zestaw do wkupywania się w łaski polskiej widowni: "dżem dobry!", "dźękuję!", "kocham waz!"... Aplauz raz po raz. No to pan Polak odpala petardę. Używa słowa-klucza. "KURWA"!!! No to teraz już szał, jak powiedział "kurwa", to na bank jest i czuje się Polakiem! Niech żyje!

Podobną, skróconą drogą postanowiłeś pójść ty, Eugenie. I w sumie nawet to odwołanie się do najstarszego zawodu świata uprawianego przez czyjąś matkę, które zastosowałeś w meczu z Rosją, było spoko. Fajny ten Polanski, popatrz, myśli po polsku! Nie uznali mu bramki, to zamiast "scheisse", powiedział "kurwa mać"! Geniusz, poliglota, ba, patriota! Wiadomo, że po polsku się fajnie bluzga, bo mamy bogaty słownik wulgaryzmów, a ponadto większość z nich zawiera dźwięczną i groźną głoskę "r". Niemiecki, jak na język kojarzący się z nienawiścią i mordem, zasób "przerywników" ma znacznie mniej rozbudowany i choćby z tego względu fajnie trochę podciągnąć się w polskim. No ale załóżmy, że faktycznie w tamtej chwili poczułeś się Polakiem i po polsku zapragnąłeś przekazać światu, jak bardzo jesteś zniesmaczony decyzją arbitra. To było nawet spoko, nie powiem, nawet mi się spodobało.

Ale to, co, (nie)drogi Eugenie, zaprezentowałeś na wczorajszej konferencji prasowej, nie świadczy o tobie, delikatnie mówiąc, najlepiej. Sformułowanie "Wiemy w głowie, że musimy wygrać, że musimy z pierwszej minuty, yyy minucie, no, przepraszam, napierdalać..." nie wystawia ci dobrej opinii. Wskazuje za to na którąś z negatywnych cech: totalną głupotę, skrajną nieznajomość języka polskiego albo bezczelne rżnięcie pod publiczkę.

Chciałbym wierzyć, że po prostu jesteś głupkiem. Że nie wiesz, co wypada, a co nie. Że nie zdajesz sobie sprawy, że język jakim porozumiewasz się z kolegami nie jest tym samym, którym powinieneś operować, występując na oficjalnej, transmitowanej przez media, konferencji prasowej w przededniu najważniejszego polskiego meczu XXI wieku. Mam nadzieję, że po prostu nikt ci nie powiedział, że kulturalny (albo inaczej - po prostu nieschamiały do reszty) człowiek nie używa słów typu "napierdalać", kiedy wypowiada się jako reprezentant reprezentacji, czyli - w domyśle - najlepszy z najlepszych, kwiat narodu. Chciałbym założyć, że kiedy twój przyszły teść zapytał cię, dlaczego chcesz ożenić się z jego córką, odpowiedziałeś mu "bo jest fajną dupą i no, przepraszam, jebałbym ją przepotężnie".

Jest też taka opcja, że jednak nie znasz polskiego. Że nie wiesz, że słowo, którego użyłeś, nie jest społecznie akceptowalną "dupą", "zajebistym" albo "popieprzonym". Słowa pochodzące od "pierdolić" to już prawie najwyższy level bluzg. Wyżej są już chyba tylko pochodne "kurwy". Tak, "nakurwiać" byłoby moim zdaniem mocniejsze od "napierdalać". 

No i jest opcja trzecia. Czytasz kwejka, demotywatory i im podobne. Widziałeś w paru miejscach, że lud zachwycił się twoim swojskim "kurwa mać" i prawie zaakceptował cię jako Polaka. Postanowiłeś więc szybko wykreślić to "prawie" i po prostu dorzucić kolejny, publiczny bluzg. Tak to, koleżko, nie działa. Fałsz łatwo jest wyczuć, a farba z lisiego futra szybko się zmywa. Zagrania pod publiczkę są tylko pozornie fajne.

Widzisz, tak źle, tak niedobrze, a tak, no, przepraszam, chujowo.
(Jest też opcja, że naoglądałeś się "Kapitana Bomby". Chociaż tobie raczej pasowałby "Generał Italia".)
 
Jest parę fajniejszych sposobów na udowodnienie, że reprezentowanie Polski to dla ciebie coś więcej niż odbębnianie pańszczyzny, sposób na promocję i ciułanie dodatkowych banknotów w europejskiej walucie. Polecam na przykład taki fajny gest, jak powrót do nazwiska, pod którym przyszedłeś w Polsce na świat. Bogusław Polański w składzie biało-czerwonej drużyny narodowej brzmiałby znacznie lepiej niż Ojgen Polanski, nieprawdaż?

Bo widzisz, Eugenie, nie trzeba być Polakiem, żeby powiedzieć "kurwa mać" albo "napierdalać". To nie świadczy o pochodzeniu, tożsamości narodowej czy byciu porządnym obywatelem, a jedynie o znajomości przekleństw w różnych językach. Natomiast z całą pewnością można stwierdzić, że Polakiem nie jest ktoś, kto wypowiada takie słowa:
-"Wprawdzie urodziłem się w Polsce, lecz żyję od 3. roku życia w Niemczech, tam dorosłem, mam przyjaciół i nauczyłem się grać w piłkę. Myślę, że trzeba być wdzięcznym krajowi i być zaszczyconym, by móc wyraźnie powiedzieć, że gra się dla Niemiec."
-"Nie chcę grać w polskiej reprezentacji, to dla mnie jasne. Nie mogę sobie wyobrazić takiego rozwiązania w mojej sytuacji. Zbyt długo żyłem w Niemczech, grałem w meczach juniorskich reprezentacji tego kraju."
-"Musiałem sobie przetłumaczyć polski hymn na język niemiecki, bo są tam słowa, którymi na co dzień się nie posługuję." 

 Mimo wszystko, Eugenie, życzę powodzenia. Skoro już jesteś w kadrze PZPN, rób swoje. Jeździj na dupie i gryź trawę, jak robiłeś to w meczu przeciwko Rosji. 

Napierdalaj.

Z głębokim poważaniem,
autor, któremu też słoma wystaje z butów

środa, 13 czerwca 2012

Nie znam się, więc się wypowiem

Zacznijmy od tego, że nie znam się na piłce. Ze dwa razy w życiu udało mi się ją prosto kopnąć, zanim stwierdziłem, że jednak lepiej mi się broni, niż atakuje. Ze trzy strzały zdołałem odbić na bramce, zanim zerwałem więzadła krzyżowe na przyszkolnym "orliku". Ot, moja kariera. Tym bardziej nie mógłbym się bawić w trenera, bo niby kogo miałbym szkolić? Wygrałem kilka razy Ligę Mistrzów w PES-ie i po paru latach jakieś mistrzostwo w FM-ie. Tyle. Prawdopodobnie nie jestem godzien rozwiązać Franciszkowi Smudzie - trzykrotnemu Mistrzowi Polski i uczestnikowi Champions League i Europa League - rzepów w sandałach założonych na wysokie skarpety. Powiedziałbym, że mam maturę, co stawia mnie wśród pospólstwa nieco ponad nim, ale - jak wiemy - matura to bzdura (pozdrawiam Kubę Jankowskiego!). Napisałbym, że jestem o jeszcze jeden level wyżej, bo mam wyższe wykształcenie, ale obawiam się, że zarówno Smuda, jak i Lato, studiując "Dziennikarstwo i komunikację społeczną" na Uniwersytecie Gdańskim, mogliby się bić nawet o stypendium naukowe.
Mam tę cholerną przewagę, że jestem nikim. Mam ten pierdolony handicap, że ode mnie zależy najwyżej to, ile Łomży Miodowych sprzeda monopolowy koło mojego domu. Nikt na mnie nie patrzy. Gdybym nie spamował na kilku stronach, nikt by w życiu nie usłyszał o tym blogu. 
A Franciszek Smuda, ten - i tu posłużę się cytatem, by nie musieć ponosić odpowiedzialności za obraźliwe słowa pod jego adresem - "półdebil, ta sklonowana owca, to gówno w błyszczącym dresie" jest na świeczniku. Pełni on jedną z najbardziej odpowiedzialnych i eksponowanych, a przy tym najlepiej opłacanych funkcji w Polsce. Jego poczynania śledzi 38 milionów par oczu. 38 milionów par oczu, z których większość (nomen omen) ślepo wierzy w powodzenie "narodowej" kadry. Wcale się temu nie dziwię. Gdyby ktoś cztery, ba, nawet dwa i pół roku temu założył bloga o tytule, powiedzmy, "JestęStarymHolędręAWyJebanePolaczkiWyjdźcieZeSwychKartonowychPudełekIPadnijciePrzedeMnąNaKolanaBoWprowadziłęWasząPodludzkąReprezentacjęDoEuro.blogspot.com", to byłbym pierwszym hejtem... takiego bloga.
W trakcie Euro 2012 naród raz po raz wpada w ciekawe stany depresyjno-maniakalne. Przed meczem z Grecją wszyscy byli pewni, że reprezentacja PZPN pewnie kroczy po Mistrzostwo Europy, no, w najgorszym razie po medal. Z tak słabej grupy (z brązowym medalistą ostatniego europejskiego czempionatu, srebrnym z Euro'96 i Mistrzem Europy z 2004 roku - przyp. nieznający się na niczym autor), twierdził lud, trzeba, no po prostu trzeba wyjść, i to z pierwszego miejsca! 
Remis z Grecją sporo pozmieniał. Po pierwsze wielu ludzi uznało, że skoro już obejrzeli pierwszy mecz piłki nożnej w życiu, to teraz mają absolutne prawo do komentowania wszystkiego, co związane z piłką. Co to za problem odbić karnego, skoro robi to pierwszy lepszy pachołek z ławki, w dodatku obarczony nałogowym nazwiskiem? Czemu jak jest remis, to nie ma dogrywki? Poczekaj, Perquis to nasz, a Karagounis już nie? Czemu, skoro obaj kończą się na "is"? Hehe, no przecież wiem, przecież ZAWSZE kibicowałam(em) naszym...
I, co najważniejsze, wynik meczu otwarcia spuścił trochę powietrza z biało-czerwonego Euro-balonu, pompowanego ustami milionów obywateli. To nie było spektakularne "BUM", raczej nieśmiałe, choć słyszalne "tssssss"... Dało się słyszeć pierwsze "polscy piłkarze nadają się do pchania karuzeli", "bez Lewandowskiego nic by nie zrobili", "po co nam to Euro, skoro jesteśmy tacy słabi" i inne komentarze płynące z ust "kumatych". Tak, tych najbardziej "kumatych", którzy jeszcze dwa dni wcześniej bez gry chcieli przyznać drużynie w biało-czerwonych strojach puchar Henri Delaunay'a. I przy tym ten wszechobecny strach przed arcymocną Rosją...
Nawet teraz, po meczu, boję się napisać takie nazwiska jak Arshavin, Kerzhakov, Zhirkov (osobę, którą raził tej rodzaj transkrypcji cyrylicy i która dała temu upust w komentarzu pod poprzednim wpisem, serdecznie przepraszam, ale tak już mam - nastawiam budzik na nierówną godzinę, na ważne okazje wkładam czerwone gacie, a rosyjskie nazwiska zapisuję na podstawie angielskiej transkrypcji), bo nie wiem, czy nie wyjdą mi spod łóżka i nie spuszczą solidnego wpierdolu. No bo skoro nawet ulokowany na dachu Wedla Karol Strasburger modlił się dzień przed meczem o nikłą porażkę, to chyba faktycznie reprezentacje PZPN i Rosji dzieliła różnica co najmniej czterech klas, nieprawdaż?
GÓWNO PRAWDA. Rosja, która postraszyła wszystkich efektownym zwycięstwem nad Czechami, okazała się równorzędnym rywalem dla kadry PZPN. Momenty, w których podopieczni Smudy byli tylko tłem dla swoich przeciwników, można by pewnie ścisnąć jako teledysk do "November Rain" (8min58sek - przyp. MR). Naprawdę, nie tacy ci Ruscy straszni, jak ich wszędzie namalowano. Remis udało się ugrać, nawet niespecjalnie się pocąc (widzieliście Dudkę i Polanskiego w pomeczowych wywiadach?!). Dlaczego zatem drużyna gospodarzy Euro nie pokusiła się o zwycięstwo? Warto zauważyć, że trzy punkty w tym spotkaniu pozwalałyby w ostatnim meczu z Czechami walczyć podopiecznym Smudy o "zwycięski remis". Teraz Polacy i ich francusko-niemieccy koledzy potrzebują zwycięstwa.
I tu przechodzimy do tego, o co za mecz ze Sborną mam największe pretensje do selekcjonera kadry PZPN. Jest 93. minuta meczu, jest faul. Rzut wolny z prawej strony boiska. Jest jeden zawodnik w tej drużynie (Francuz, bo Francuz, ale skoro już ktoś go do tej reprezentacji wziął, to niech swoje odpracuje), który idealnie bije wolne z tego miejsca. A tymczasem Obraniak zbiega z boiska, zastąpiony przez Brożka, który w ostatnich miesiącach murawę mógł co najwyżej powąchać. Nie twierdzę, że na bank z tego stałego fragmentu gry padłby gol. Ale gdzie sens, gdzie logika? Zmiana taktyczna? W porządku. Ale czy zejść musi akurat jedyny człowiek, który w tej sytuacji mógłby się przydać? ("Może mi pani tą dorzuci 'Kobietkę', tę? - Ojej, ale może panu jednak niepotrzebna? - A nie, dlaczego, chętnie przejrzę...")
I znów odzywają się ci "a Polacy to w których strojach?". No jak to, w pierwszym meczu trener nie zrobił zmian, było źle. W drugim zrobił i też źle, to o co chodzi? Otóż o to, że będąc trenerem trzeba mieć otwarte oczy i umysł, a także trenerski nos. Trzeba wiedzieć, który zawodnik w tym meczu nie zaprezentuje już nic nadzwyczajnego, a który rezerwowy (którego przecież wcześniej się wybrało jako pełnoprawnego i pełnowartościowego członka kadry!) może wnieść coś nowego, świeżego. W pierwszym meczu tego ewidentnie zabrakło. Mam swoją teorię - Franek zamierzał wpuścić Grosickiego za Rybusa. Za tego ostatniego musiał jednak wprowadzić Tytonia i... system się zawiesił. Nie można dodać elementu "Grosicki Kamil", gdyż nie odnaleziono elementu "Rybus Maciej". Koniec, mózg rozjebany. Ale w drugim można było przeprowadzić roszady, które dałyby cokolwiek więcej, niżli jeno zysk paru sekund (oddaję honor - Mierzejewski na duży plus!). Chodzą słuchy, że Grosicki ciągle biega gdzieś wkoło Narodowego...
No ale najważniejsze, że zremisowaliśmy z Rosją! Z tą samą Rosją, którą wcześniej SAMI wykreowaliśmy na zespół nie do pokonania, na drużynę złożoną ze słowiańskich bogów, którzy nie dość, że są ze trzy poziomy ponad nami, to jeszcze przy okazji swojego triumfu mogą nas inkorporować albo co najmniej rozpuścić nad całą Polską sztuczną mgłę. Teraz, kiedy udało nam się uniknąć klęski, znów jesteśmy panami świata! Czesi już powinni trząść portami, bo w ostatnim meczu wejdziemy na boisko i rozkurwimy ich po bandach, wbijemy tuzin goli i zjemy wnętrzności Rosickiego.
A niby, kurwa, czemu? Ci sami, frajerscy Czesi, którzy znają się tylko na robieniu piwa oraz filmów, w których nie wiadomo, o co chodzi, strzelili dziś w ciągu pierwszych sześciu minut dwa gole. Czyli zrobili coś, czego "orłom Smudy" nie udało się zrobić w trakcie całego meczu z poważnym rywalem od listopada. Powrót hurraoptymistycznych nastrojów można jednak zrozumieć, wszak po raz pierwszy w XXI wieku drużyna występująca jako piłkarska reprezentacja Polski ma przed ostatnim meczem swój los we własnych rękach. Wystarczy "tylko" wygrać mecz. Nie trzeba liczyć, że Vanuatu pokona Argentynę co najmniej dwiema bramkami, a jednocześnie Wyspy Zielonego Przylądka zremisują z Islandią, ale nie wyżej niż 1:1. Trzeba "po prostu" wygrać.
Czyli zrobić coś, czego drużyna Smudy w meczu o punkty jeszcze nie dokonała.

piątek, 8 czerwca 2012

Nie pytaj mnie: "gdzie oglądasz NASZYCH?"

 
Cieszą się Polacy, cieszy Ukraina, stadion oszalał, a narodowych flag na ulicach więcej niż 2 i 3 maja oraz 11 listopada razem wziętych. Patrioci z doskoku w akcji. A ja sobie siedzę i hejtuję, bo mam takie prawo. Nie kibicuje drużynie, która w Euro 2012 występuje pod szyldem reprezentacji Polski. Nie ma dla mnie na tym turnieju ekipy, która reprezentowałaby mój kraj i pozwolę sobie z tej okazji spuścić trochę żółci z wątroby, bo przecież tylko po to założyłem tego płytkiego w przekazie, hejterskiego bloga.

Dla wielu nie napiszę niczego odkrywczego, wielu innych się ze mną nie zgodzi. Nie mogę wam pomóc. Jestem koniem.

Masa ludzi nie rozumie, o co tak naprawdę chodzi mi z tym bojkotem, czy raczej nieuznawaniem drużyny podającej się za reprezentację. Nawet, a może przede wszystkim, moi znajomi. Pytają mnie: "to co, nie będziesz oglądał meczów 'Polski'?", "będziesz im życzył, żeby przegrali wszystko?", itp. Odpowiadam - to nie jest, kurwa, tak!

Średnio w tygodniu oglądam około 25-30 zdarzeń z różnych dyscyplin sportowych - od futbolu po darta, od tenisa po MMA. Po części wynika to z czystego umiłowania sportu, po części z bukmacherskiego nałogu. Dlaczego miałbym więc nie oglądać meczów jednej z najważniejszych imprez sportowych na świecie, najbardziej prestiżowego piłkarskiego turnieju tego roku? Z przekory? A może jednak z głupoty? Na Mistrzostwach Świata w RPA polska reprezentacja nie grała, na Euro 2004, 2000 oraz na Mundialu we Francji również nie (wcześniej zamiast oglądać sport, wolałem zgłębiać wiedzę płynącą z czasopism "Zwierzaki" oraz "Dinozaury"). I co? I gówno, chłonąłem wszystkie mecze, które mogłem. Dla piękna piłki i cudownych bramek, dla emocji i niezapomnianych zwrotów sytuacji. Dla siebie. Nie inaczej będzie tym razem.

Na takich imprezach zawsze ma się jakieś ulubione drużyny. Dla jednego piękną piłkę gra Hiszpania, innego podnieca holenderska szkoła taktyczna, ktoś jeszcze uwielbia twardy, brytyjski futbol. Ale obok ekip, za które ściska się kciuki, jest też zawsze masa drużyn, które są, bo są. Zakwalifikowały się na turniej albo są jego gospodarzami , ewentualnie ktoś je wylosował. Ich mecze ogląda się z innymi emocjami, z mniejszymi wypiekami na twarzy, ale ogląda się, bo są taką samą częścią tego turnieju jak spotkania naszych faworytów. Taką właśnie drużyną będzie dla mnie Reprezentacja PZPN/Drużyna Smudy. Jedną z szesnastu.

Czy życzę jej porażki? Hmm... Czy zespołowi ze Szczęsnym, Lewandowskim albo Błaszczykowskim w składzie życzę źle? Nie, bo nie życzę źle samemu Szczęsnemu, Lewandowskiemu, Błaszczykowskiemu i zdecydowanej większości polskich zawodników w tej drużynie. Nie akceptuję tego tworu jako całości, nie godzę się na nazywanie tego reprezentacją Polski. Dlatego też nie będę temu zespołowi kibicował. Nie pomaluję pyska w narodowe barwy, nie wywieszę biało-czerwonej flagi, bo dla mnie nie ma ku temu okazji.

Ale też nie będę pajacował w koszulkach Grecji, Rosji czy Czech, nie powieszę nad łóżkiem plakatu Karagounisa, nie dodam Arshavina do ulubionych sportowców, ani nie kupię sobie hełmu a'la Cech. Nie będę się specjalnie cieszył z bramek rywali reprezentacji PZPN, gdyż te drużyny są mi całkowicie obojętne (chyba że postawię na ich zwycięstwo, ale to inny temat). Tak jak, niestety, obojętny jest mi los kadry Smudy.

Nie czułbym się dobrze, kibicując drużynie "narodowej", której prawie 20 proc. stanowią obcokrajowcy. Tak, obcokrajowcy. Reprezentant niemieckiej kadry U-21, Sebastian Boenisch. Kapitan reprezentacji Niemiec na tym samym szczeblu, wyrzekający się do niedawna polskich korzeni, Eugen Polanski. Były reprezentant kadr młodzieżowych Francji, który pomimo posiadania polskiego obywatelstwa od trzech lat, kleci po polsku zdania na poziomie niemowlaka, Ludovic Obraniak. Oraz kolejny z młodzieżowych reprezentantów Francji, którego rodzina od trzech pokoleń mieszka w kraju nad Sekwaną, Damien Perquis. Moi drodzy, to są OBCOKRAJOWCY! Dołóżmy do tego trenera, który po polsku też dogaduje się słabo, nie ma matury, a zatem na stanowisku selekcjonera pracuje nielegalnie. Dziękuję, postoję.

Słyszę "oj tam, pierdolisz, na całym świecie teraz ściągają posiłki", "a popatrz na Niemców", "o, albo Marcos Senna!"...
Weźmy więc tych Niemców. Po pierwsze, tacy zawodnicy jak Özil, Khedira, Boateng, Aogo, Gomez, Gündoğan (...), urodzili się i wychowali w Niemczech. Ten kraj ukształtował ich zarówno jako ludzi, jak i piłkarzy. Mówią w języku Hitlera Goethego, znają słowa hymnu. Druga grupa, zawierająca najbliższe nam przypadki Miroslava Klose i Lukasa Podolskiego, to ludzie urodzeni w innym miejscu na świecie, którzy za gówniarza, bez świadomości tożsamości narodowej, wyemigrowali z rodzicami do kraju naszych zachodnich sąsiadów, tam pobierali edukację, również tę piłkarską. Niemcom zawdzięczają praktycznie wszystko, po niemiecku mówią i myślą, dla Niemiec strzelają bramki. Jedynym "farbowanym lisem" ocierającym się o kadrę Joachima Löwa był w ostatnim czasie niejaki Jeronimo Barretto, czyli popularny Cacau. Pokrycie jego futra farbą jest zresztą mniej perfidne, bo Brazylijczyk nie powoływał się na wielką miłość do nowej ojczyzny, nie tęsknił za krajem babci czy dziadka, a po prostu doprosił się o paszport przez "zasiedzenie", po bodaj dziesięciu latach mieszkania w Rzeszy.
A po drugie... Chuj mnie obchodzi, co myślą Niemcy o swojej reprezentacji, czy uznają za godnego reprezentowania swojego kraju Cacau, czy może już tylko Podolskiego albo Özila. Chuj mnie obchodzi, czy Senna siedział w Hiszpanii dostatecznie długo, by stać się częścią La Roja, czy to fajnie, że przed Liedsonem albo Deco otwarto drzwi do kadry Portugalii oraz czy Ormianie czuli się szczęśliwi, oglądając w swojej bramce Apoulę Edela (kurwa, kogo?! - zapytało dwie trzecie uważnych czytelników). Mnie interesuje mój kraj i jego reprezentacja, biało-czerwony strój z wyhaftowanym orłem w koronie. Białym orłem. Z tym czarnym może sobie grać, kto chce i niech martwią się o to panowie Hoffmann, Müller i Schmidt.

Gdyby w polskiej kadrze mieli grać ludzie związani z Polską "tylko" w taki sposób, w jaki Khedira czy nawet Klose związani są z Niemcami, pewnie nie powiedziałbym słowa. Różnie losy rozrzucają ludzi po świecie. Nie trzeba przecież urodzić się w Polsce, aby być Polakiem - weźmy przykład pierwszy z brzegu: Mamed Khalidov. Ale jeżeli jesteś obywatelem jakiegoś kraju, masz reprezentować go w na arenie międzynarodowej, to, kurwa, musisz się z tym krajem w jakiś sposób utożsamiać, znać historię, znać język... Kiedy zaczął się ten cyrk z biało-czerwonymi przebierańcami, pomyślałem, że będą jaja, kiedy POLSKI dziennikarz na rozgrywanym W POLSCE turnieju nie będzie mógł z reprezentantem POLSKI porozmawiać PO POLSKU. Teraz wychodzi na to, że jest jeszcze gorzej - po polsku na boisku nie są w stanie ze sobą rozmawiać sami reprezentanci...

Mówią - "no dobra, ale jeśli nie Boenisch, to kto?  Nie mamy dobrego lewego obrońcy/stopera/defensywnego pomocnika/ofensywnego pomocnika, a dzięki nim mamy szansę wygrywać". A czy Serbowie nie chcą wygrywać? Czesi? Irlandczycy? Rosjanie? Muszę wymieniać dalej? Czy te kraje skazują się na porażkę, dlatego, że nie importują reprezentantów innych narodów? Nie. A jednak są w stanie zbudować drużynę na tym, co udało im się wychować w swoim systemie szkolenia, na ludziach utożsamiających się z krajem, reprezentantów pełną gębą. Wiadomo, że nie każdą pozycję da się obsadzić wirtuozem futbolu. Anglicy od lat mają problem z bramkarzami, a jednak kiedy swego czasu padła propozycja naturalizowania Manuela Almunii, szybko ukręcono jej łeb. Harry Redknapp, menedżer Tottenhamu, powiedział wtedy np.: "Gdybym miał wybrać wygranie mistrzostwa świata z hiszpańskim bramkarzem w składzie, czy przegranie to wybrałbym tę drugą opcję. Jeśli nie potrafimy sami wyszkolić zawodników, którzy są w stanie wygrać najważniejszy turniej na świecie, to lepiej byśmy nie zajmowali pierwszych miejsc w międzynarodowych imprezach". Zmieniając "hiszpańskiego bramkarza" na "niemieckich i francuskich obrońców i pomocników", podpisuję się pod tym w stu procentach.

Dla mnie problemem jest też, jak wiadomo, sama osoba Franciszka Smudy. Perquis, Boenisch i Polanski na pewno nie graliby w reprezentacji u innego selekcjonera, możliwe, że Obraniak też. Wiem, że wcześniej był Olisadebe, że był Roger. Nie twierdzę, że to dobrze, że tak się działo, ba, nie znajduję i nie znajdowałem ani jednego argumentu za Guerreiro, mimo że ślepo wierzyłem w Beenhakkera. Ze Smudą problem jest inny, poważniejszy. On nie tylko powołał tych konkretnych ludzi do reprezentacji. On biegał za nimi, łasił się, prosił, błagał, by zdecydowali się łaskawie na grę w jego drużynie. Uczynił z tego sposób na zbudowanie kadry. Nie szkolenie, nie wyszukiwanie młodych talentów, tylko żebry. Oni nie przyznawali się do Polski (Polanski), póki coś znaczyli w europejskiej piłce, nie mogli się zdecydować (Boenisch) albo nawet nie za bardzo wiedzieli, że mogą nagle stać się Polakami (Perquis), ale Dyzma uparcie truł im dupy, zamiast w tym czasie np. zająć się poszukiwaniem ich polskich odpowiedników. Młodych gości - jak to udało się choćby z Rafałem Wolskim - którym nie trzeba dwa razy powtarzać, co to jest Polska, jakim zaszczytem jest gra w kadrze i że, parafrazując, nie wystarczy tylko biegać i trochę się starać - z białym orłem na sercu trzeba zapierdalać.
A przecież oprócz wymienionych, pojawiał się jeszcze temat kolejnych Francuzów - Koscielnego i Kolodziejczaka, reprezentanta Izraela - Meliksona, a także najbardziej absurdalny przypadek Kolumbijczyka Arboledy. Franciszek Smuda, sam ledwo mówiący po polsku i w niemieckim paszporcie legitymujący się imieniem Franz, postanowił dać dupy za wyjście z grupy, sklecić skład na dziś, na teraz. Wiadomo, że po Euro Franio myka na inną fuchę, więc dalsze losy reprezentacji nie muszą go obchodzić. Od września eliminacje do Mundialu w Brazylii, ale kto w nich zagra, to będzie problem innego selekcjonera. Dla Smudy ważne było zmontowanie ekipy na tu i teraz. Cztery transfery i zrobione.

Co dwa-cztery lata w narodzie budzi się duch piłkarskiego eksperta. Na futbolu znają się wszyscy, po prostu wszyscy. Zwykle jednak, kiedy reprezentacja Polski występowała w turnieju najwyższej rangi, jak grzyby po deszczu wyrastali malkontenci, z góry wiedzący, że i tak będzie źle. Wtedy oburzałem się i kłóciłem z takimi futbolowymi ignorantami, przekonując, że wcale nie musi być tragedii, bo a), b), c), d)... I co? I niestety zawsze na wierzchu była opinia laików - wiadomo, było po dupie i to z każdym turniejem coraz bardziej sromotnie.
W tym roku jest inaczej. Pompowany zewsząd euroentuzjazm i reprezentacyjny hurraoptymizm oraz fakt, że nawet papieru toaletowego Regina nie da się kupić bez adnotacji, że podcierając sobie nim dupę, "wspieramy naszych", sprawiły, że nagle wszyscy uwierzyli, że ta drużyna jest zdolna do rzeczy wielkich. Bo Szczęsny, bo Dortmund, bo u nas, bo słaba grupa, bo bla bla bla. Ze 32 miliony piłkarskich ekspertów, z czego 31,5 mln przekonanych, że będzie super. Wywieśmy flagi, zjednoczmy się! Chuj, że Smuda to bezmózgie yeti, chuj z Niemcami i Francuzami w kadrze! Koko koko i do przodu! Polska, Biało-Czerwoni (zauważyliście, że dzięki tej chyba najbardziej znanej, reprezentacyjnej przyśpiewce, naród kładzie akcent w tym wyrażeniu na niewłaściwą sylabę?)!

Ale wiecie, czym się różnimy? Kiedy kadra Smudy przerżnie z kretesem ten turniej, kiedy nie wyjdzie z grupy (będzie o to cholernie trudno, ale jest taka opcja), wtedy wszystkie te biało-czerwone sztandary z logotypami sponsorów znikną z okien i samochodów. Podniesie się ogólnonarodowe larum pt. "kadra jest do dupy", "Smuda to debil", "co tu robią ci Niemcy?" i, oczywiście, "zawsze wiedziałem, że na tym Euro będzie chujowo". Tyle kibicowania i wierności. Nie chcę powiedzieć, że wtedy ja nieśmiało wysunę mordkę z nory i zapytam "a nie mówiłem?".

Mam przy tym wszystkim cholerną nadzieję, że po turnieju razem ze Smudą uciekną "farbowane lisy". Nie jest to wiara bezpodstawna, wystarczy spojrzeć na reprezentacyjne kariery Olisadebe i Rogera, którzy po wielkich turniejach albo przegranych eliminacjach mniej lub bardziej spektakularnie wypadali z reprezentacyjnej orbity. Wierzę też szczerze, że jesienne wybory w PZPN przyniosą coś nowego, dobrego. Marzę, by nic nie wadziło mi w kibicowaniu reprezentacji. Chcę znów szczerze wierzyć, że kolejna porażka jest następnym "złym początkiem dobrego", chcę wierzyć w bajki selekcjonera, tak jak było za Beenhakkera, Janasa, Engela, Wójcika... Chcę znów stawiać grubą kasę na z góry przegrane mecze, jak ten w Mariborze za Leo. I wierzę, że od jesieni będzie jak dawniej.

Ale teraz, kiedy chwilowo "wszyscy jesteśmy drużyną narodową", ja postoję z boku. Taki trochę jestem hipster.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Ten biało-czerwony piłkopierdolec przed samym Euro to chyba spełnienie świątecznych życzeń czcigodnego Franciszka. Jeśli komuś to umknęło, to przypomnę, że selekcjoner życzył kibicom, "żebyśmy się wszyscy zjednoczyli, nie tylko jak po jakiejś katastrofie, ale przed tragedią, przed katastrofą".

Koniec bełkotu. Niech wygra lepszy!

PS. Kiedy zakładałem tego bloga, zadeklarowałem, że jeśli prowadzona przez Smudę drużyna wyjdzie z grupy, wyślę selekcjonerowi list z przeprosinami i gratulacjami. Sam trener na pewno bardzo się tym przejmie i z pewnością z zapartym tchem będzie oczekiwał ode mnie korespondencji. Niemniej słowo się rzekło, jeżeli reprezentacji PZPN uda się awansować do ćwierćfinału, wysmaruję długi list do jej szkoleniowca.