niedziela, 6 maja 2012

Słaba liga, słaby mistrz?

Z niecierpliwością czekam na ogłoszenie kadr pozostałych drużyn na Euro 2012. Jestem niezmiernie ciekaw, czy będzie choć jeden zespół, posiadający w składzie co najmniej 30 proc. zawodników z rodzimej ligi, w tym ani jednego MISTRZA i WICEMISTRZA kraju.
Tym bardziej, że akurat Śląsk i Ruch to wybitnie "polskie" zespoły.

Gratulacje dla Śląska Wrocław! Lenczykowi się należało.

czwartek, 3 maja 2012

Dlaczego "Waka waka" jest spoko, a "Koko koko" - nie spoko?


Właściwie będzie nie na temat, tzn. nie o sporcie. Ktoś mi gdzieś zarzucił, że określenie kompozycji zespołu Jarzębiny mianem ”>>Waka waka<< dla ubogich" jest wyrazem zakompleksienia, polaczkowatości i jeszcze paru rzeczy, z których najlepiej się wyleczyć, dla ratowania psychiki swojej i otoczenia. Bo co, bo „Waka waka” jest nie po polsku i dlatego lepsze? Że przecież tekst ma też niewyszukany i że nie ma różnicy.
No właśnie są różnice. W piosence z MŚ 2010 jednak pierwszoplanową postacią jest Shakira, atrakcyjna, znana prawdopodobnie na całym świecie piosenkarka. W wykonywany przez nią utwór umiejętnie i nienachalnie wpleciono regionalne, afrykańskie motywy. Jakieś bębenki, instrumenty z tamtej części globu, dyskretne chórki, czy wreszcie zwrotka odśpiewana przez młodą, uśmiechniętą murzynkę. Do tego charakterystyczny taniec i niezwykle sympatyczny, a jednocześnie pełen emocji teledysk. Wszystko to zamknięte wspólną klamrą – „it’s time for Africa”, „we’re all Africa”. Przyjemne z pożytecznym.
Polską odpowiedzią na to jest chór grubych bab. Zabijcie mnie, oskarżcie o seksizm, ageizm, klasizm i jeszcze parę zboczeń, ale tak jest. Choćby dokleić do tego niewiarygodnie patriotyczny teledysk albo nawet reklamę Biedronki, nie uciekniemy od faktu – tę piosenkę śpiewa koło gospodyń wiejskich, które postanowiło powstać znad maszyn do szycia i zaryczeć coś ku chwale ojczyzny. To nie jest artystyczny folk. To nie jest, nie wiem, Zakopower, to nie są Brathanki czy Stolec uOrkiestra. Nie twierdzę, że wymienione kapele to muzyczna elita. Niemniej wydaje mi się, że jeśli mielibyśmy zaprezentować światu jakiś wycinek naszej kultury, tradycji i koniecznie musimy to zrobić akurat przy okazji hymnu dla reprezentacji, to chyba fajniej by było nadać temu jakąś bardziej popularną formę. Albo chociaż utrzymać jakiś poziom.
Paniom z Jarzębiny należy się szacunek, napisały najlepszy kawałek, na jaki było je stać, postanowiły zaprezentować go Polsce. Super. Ciemny lud to kupił? Nieco gorzej. Ale czy naprawdę musimy się upierać, że to przedstawia jakąkolwiek wartość artystyczną i bronić tego w imię jakiejś dziwnie definiowanej dumy narodowej?
Ktoś powie, że „Waka waka” też miała tekst o niczym, byle był prosty i wpadający w ucho. W porządku. Ale kiedy ludzie pytali, co znaczą najbardziej charakterystyczne w tamtym utworze słowa,  dowiadywali się, że to radosny okrzyk, mogący wyrażać różne pozytywne emocje. Zapyta obcokrajowiec – co znaczy „koko koko”? Ano, tak sobie u nas kury piejo…
I wreszcie chciałbym przejść do kwestii absolutnie podstawowej. „Waka waka” była Oficjalną Piosenką MŚ 2010 (swoją drogą, wkurwia mnie okrutnie to tytułowanie „oficjalne (…) reprezentacji/Euro” – oficjalna woda, oficjalny energetyk, oficjalne soki, oficjalne, kurwa jego mać, sedesy i oficjalny burdel”). „Koko koko” wybrano na Oficjalny Hit Piłkarskiej Reprezentacji Polski. To zupełnie sztuczny, niepotrzebny twór, który powstał tylko po to, by zorganizować cyrk w środku stolicy, nabić kabzę SMS-ami i przywrócić Marylę Rodowicz do świata żywych. Nikt nie wie, czy drużyna RPA miała jakiś swój hymn na rozgrywany u siebie turniej. Nikt się tym nie chwalił, wszyscy znali tylko „Waka waka”. Znając naszą nieco wypaczoną, narodową dumę (~to, co zrobił Polak, jest dobre, a kto się z tym nie zgadza, ten chuj mu w dupę i na imię~), Jarzębinki będą lansowane, puszczane przed meczami, w przerwach, a w dniach wolnych od rozgrywek będą umilać swym śpiewem czas przyjezdnym kibicom na rozmaitych festynach.
„Koko koko” jest fajne, bo pokazuje, że my, Polacy, mamy dystans do siebie, że potrafimy sami coś stworzyć, że nie wstydzimy się swojej kultury… Bla, bla, bla. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że Oficjalną Piosenkę Euro 2012 – czyli odpowiednik „Waka waka” - wykona niejaka Oceana, piosenkarka – jak się dowiaduję – z Niemiec?

 
Doszukujemy się tu jakichś regionalnych, słowiańskich wątków? Endless summer? To na pewno nie o Polsce, o Ukrainie też nie bardzo. Opalona Niemka, znana bodaj z „Tańca z gwiazdami”, śpiewa nam o bijącym sercu i świecącej wokół miłości. Ekstra, kurwa! Do tego podkład, który jeżeli miałby wskazywać na region rozgrywania turnieju, na pewno bardziej podpadałby pod Południową Afrykę, aniżeli pod nasz kawałek Europy. Piosenka być może wpada w ucho. Ale na pewno jest odarta z jakichkolwiek regionalizmów. 

To co z tymi hitami na Euro? W komerchę, czy jednak do korzeni? Bo o ile „Waka waka” była w stanie połączyć te dwa elementy, o tyle Oficjalna Piosenka Euro i Polska Oficjalna Piosenka Euro poszły każda w swoją stronę i nijak nie da się ich podciągnąć pod wspólny mianownik.

Dobra, dość tych podszytych kompleksami truizmów. Wracam do norki, elo.

Koko koko, Euro spoko!

Jeden wpis na osiem miesięcy – o, do takiej średniej mogę się zobowiązać. Hejtowanie Smudy stało się zbyt mainstreamowe, teraz każdy może napisać i powiedzieć to, o czym ja mówiłem rok temu. Poza tym, Google nie chciały mi podpiąć reklam z uwagi na „niewłaściwe słownictwo”, więc jeszcze we wrześniu straciłem jakąkolwiek chęć do produkowania się. Ale dziś, kiedy już zabierałem się do zasrania sobie facebooka, pomyślałem – zaraz, zaraz, przecież jest jeszcze damdupyzawyjsciezgrupy!
Do meritum. Macie, Polaczki, swoją kadrę na Euro. „Oficjalną” i „ostateczną”, jak próbowali cały czas przekonywać Maciej Kurzajewski, najlepszy komentator wszechwag, i odkurzona Klaudia Carlos (już wiem, gdzie podziało się moje zgubione 20 kilo…). Jeszcze rano Smuda mówił, że poda 32 nazwiska, w ciągu dnia okazało się, że tylko 26, a do czasu Euro jeszcze kilku zostanie pewnie przyłapanych na brawurowej jeździe taksówką albo spożywaniu piwa bezalkoholowego po meczu i, tak czy inaczej, trzeba będzie kogoś dowoływać. Macie, Polaczki, w drużynie, podającej się za reprezentację waszego narodu, dwóch Niemców, dwóch Francuzów i jednego piłkarza skazanego prawomocnym wyrokiem sądu. Nie tak źle, Kolumbijczyk i Brazylijczyk zostają w domach.
Przyjrzyjmy się bliżej, kogo tam jeszcze macie. Fabiański – powołany, gdyż jak mało kto umie wygrzewać ławkę i obserwować z niej poczynania Szczęsnego. Nie ma drugiego równie doświadczonego w tym elemencie zawodnika. Boenisch - Niemiec bez kolana i z 68 minutami występów w tym sezonie Bundesligi. Niezły w gabinecie fizjoterapeuty, niestety, rzadko kopiący piłkę. Pierwszy pełny mecz od półtora roku rozegra na najważniejszej imprezie sportowej w historii Polski. Kamiński, mierny gówniarz, który w jednej tylko rundzie Ekstraklasy zdołał podarować co najmniej trzy gole rywalom. Perquis – Francuz ze złamaną ręką, aktualnie nie gra w piłkę. Matuszczyk – nie łapie się do podstawowego składu drużyny drugiej ligi niemieckiej. Obraniak – Francuz, trzy lata z polskim paszportem, z każdym rokiem uczy się jednego zdania w naszym języku. Polanski – czystej krwi Niemiec z Sosnowca, który jeszcze jakiś rok temu deklarował, że nic go z Polską nie łączy. Brożek – podobno napastnik, w tym sezonie strzelił jednego ligowego gola, w zimie zmienił klub, żeby grać. Jego Celtic jest już mistrzem, gra o nic, a mimo tego zawodnik reprezentacji PZPN tylko trzy razy dostał szansę, by przespacerować się po murawie. Sobiech – też jeden ligowy gol (oddajmy honor – dwa kolejne w Europa League). W Bundeslidze nie rozpoczął ani jednego meczu w podstawowym składzie swojej drużyny. I Kucharczyk, absolutny hit. Trzy gole w słabiutkiej polskiej Ekstraklasie, dwa kolejne w Europie. W lidze więcej bramek od niego strzelili nie tylko Frankowski, Jankowski, czy Piech, ale także piłkarze o tak głośnych nazwiskach, jak Demjan, Oziębała albo Patejuk. To wszystko zebrane do kupy przez szkoleniowca bez matury, bez prawa do prowadzenia nie tylko drużyny narodowej, ale nawet klubów najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.
Kogo w kadrze nie macie? Ano na przykład Michała Żewłakowa, który mimo 36 lat wciąż nakrywa czapką wszystkich stoperów szerokiej kadry, wyróżnia się w drużynie prowadzącej w tabeli Ekstraklasy, a swoim bezcennym doświadczeniem, zdobytym w ponad stu występach w narodowych barwach – w tym w trzech finałach największych piłkarskich imprez – mógłby służyć takim piłkarskim obszczymurom, jak choćby Kamiński. Nie macie Artura Boruca i Tomasza Kuszczaka, bramkarzy wyróżniających się w Serie A i Championship. Nie macie Arkadiusza Głowackiego i Marcina Komorowskiego, solidnych obrońców, którzy w tym sezonie z powodzeniem grali odpowiednio w Lidze Mistrzów i Lidze Europejskiej. Wiadomo, że Głowacki ma nogi z porcelany i mógłby posypać się chwilę przed turniejem, ale czy w tej chwili jest słabszy od Kamińskiego? Nie ma najskuteczniejszego obrońcy Ekstraklasy (6 goli, dwa razy więcej niż „napastnik” Kucharczyk), Piotra Celebana, nie ma Sebastiana Mili. No i przede wszystkim – nie ma napastników! Sam skreślił się Ireneusz Jeleń, do niedawna gwiazda francuskiej Ligue1, który odmówił gry w spotkaniu rezerw, zrażając tym do siebie klubowego szkoleniowca. Ale czy Jeleń nie grając w lidze, robi cokolwiek innego niż Brożek? Czy siedzenie na trybunach w Glasgow jest bardziej twórcze, niż oklaskiwanie kolegów w Lille? Nie ma skutecznych napastników z polskiej ligi. Arkadiusz Piech – 10 goli, Maciej Jankowski – 8 trafień. We dwójkę ciągną przeciętny Ruch ku Europie, a może i ku Mistrzostwu Polski. Kadra jednak jest dla nich za mała. A najskuteczniejszy polski zawodnik Ekstraklasy, Tomasz Frankowski (15 bramek)? Jedzie na Euro jako członek sztabu szkoleniowego. Absurd?
Nie jedyny. W zimie trzech zawodników zmieniło kluby tylko po to, by regularnie grać (przecież selekcjoner tego wymaga!) i dzięki temu załapać się do kadry na Euro. Do podstawowego składu nowej drużyny przebił się jeden. Kuszczak w nowym klubie jest bohaterem, broni jak za najlepszych lat, ratuje dupę swoim kolegom i kilkukrotnie został wybrany piłkarzem meczu. Matuszczyk i Brożek w mniej czy bardziej kompromitujący sposób nie byli w stanie załapać się do wyjściowych zestawień swoich zespołów. Kuszczak nie pojedzie na Euro, Matuszczyk i Brożek zapewne tak.
Tej drużynie, nazywanej omyłkowo przez wielu „reprezentacją Polski”, nie kibicuję od dawna i nie będę kibicował także w trakcie Euro. Całe szczęście, że cały turniej obrastać zaczyna groteskową, prześmiewczą pierzynką. Dbają o to sami organizatorzy. Telewizja Publiczna, propagandowa tuba całego przedsięwzięcia, nazywająca np. Obraniaka „Polakiem z krwi i kości”, funduje abonentom i tysiącom pomalowanych januszów pod sceną żenujący show pt. „Wybór oficjalnego hitu dla reprezentacji Polski”. Plebiscyt dla artystów zapomnianych (kabaret Otto, Maryla Rodowicz), niedowartościowanych (Feel, Liber) i muzykolubnych oszołomów (cała reszta) wygrywają kobiety z koła gospodyń wiejskich. „Koko koko, Euro spoko!”. No, kurwa! Na Zachodzie i tak myślą, że w Polsce psy szczekają dupami, a po ulicach chodzą niedźwiedzie. No to przed meczem otwarcia odpali się im bandę grubych bab w regionalnych chuścinach, żeby zaśpiewały utwór kolebiący się gdzieś między niskich lotów folkiem a disco polo. "Waka waka" dla ubogich. To niedopatrzenie, czy jawny sabotaż?
Są rzeczy, których przed Euro Polacy nie przeskoczą. Nie wybudujemy autostrad, nie naprawimy kolei, nie rozładujemy korków, nie zmienimy mentalności ludzi. Nie stworzymy wreszcie silnej, polskiej reprezentacji piłkarskiej. Ale, do kurwy nędzy, jest w tym kraju paru ludzi, którzy byliby w stanie napisać jakąś patriotyczną, górnolotną, a przy tym chwytliwą piosenkę. Ot, coś w stylu „Do przodu Polsko” Torzewskiego. Coś, co można by pokazać gościom z zagranicy, nie skompromitować się, a przy tym pograć trochę na narodowej nucie. Zamiast tego, za cenę paru tysięcy SMS-ów i zysk z reklam wyemitowanych podczas tej szopki, pokażemy światu to, co chcielibyśmy chyba jak najgłębiej schować – wieś, prostotę i zacofanie. System rozjebany od środka – o kompromitację zadbali sami organizatorzy! Oby tak dalej, naprawdę, trzymam kciuki.
(„Wygrać im się uda, ucieszy się Smuda!”. O tak, ten na pewno się cieszy. Przynajmniej jest w stanie bez tłumacza zrozumieć tekst.)
Podczas żenującego festynu, prowadzonego przez siatkarskich wodzirejów i zesranego jak nigdy redaktora Kurowskiego dowiedzieliśmy się też kilku ciekawych faktów o życiu niektórych reprezentantów. Otóż nałogiem Przemysława Tytonia jest „nie tylko tytoń, ale też futbol”, a Kamil Glik bramki dedykuje swojej teściowej. Kurowski ujawnił też kulisy powołania dla Matuszczyka – „i w tym cały był ambaras, że dwóch panów chciało naraz”. Dobre na wstęp do pornola. Gejowskiego.
Koko koko, Euro spoko! Wszyscy razem zaśpiewajmy, naszym dupy dajmy!