To będzie notka inna niż poprzednie. Po pierwsze, nie będzie o Smudzie. Nie będzie nawet o reprezentacji. No, może pośrednio o nią zahaczy, bo będzie o Euro. Po drugie, będzie bardziej osobista, bo teraz jestem wkurwiony nie tylko jako Polak czy kibic reprezentacji Polski, ale jako kibic w ogóle. A właściwie to jako po prostu ja, niżej (nie)podpisany.
W ubiegłym tygodniu wylosowano bilety na pierwsze (i pewnie ostatnie) w historii Mistrzostwa Europy rozgrywane w naszym kraju. Tydzień zajęło organizatorom rozesłanie maili z informacją, kto bilety dostanie, a kto nie. Od wczoraj wiadomo, kto załapał się na te ochłapy. Bo - umówmy się - 41 proc. ogółu biletów, które trafiło do kibiców, to ochłap, resztka ze stołu, przy którym biesiadują sponsorzy i tzw. "działacze".
Na bilet każdy miał równe szanse. Niestety. Spośród moich znajomych, którzy zdążyli się pochwalić wynikami losowania na facebooku, loterię wygrały trzy osoby (zdobywając łącznie dziesięć biletów), z których dwie to kobiety, które na sto procent nie były w życiu na więcej, niż jednym meczu piłki nożnej. Z kolei w komentarzach u trzeciego znajomego dwóch gości chwali się, że mają wejściówkę na mecz Włochy-Serbia w Gdańsku. Cholera, przespałem losowanie? A nie, panowie na bilecie mają C1-C3 i nawet nie wiedzą, że grupy eliminacyjne i grupy turnieju finałowego to nie to samo.
Rozumiecie, o co chodzi? Trybuny na prawdopodobnie jedynej w naszym życiu piłkarskiej imprezie najwyższej rangi rozgrywanej w Polsce zalane będą przez falę "januszów". Trudno oszacować procentowo, ale mecze obejrzą ludzie, z których masa nie będzie świadoma, że Podolski to nie nazwisko polskiego piłkarza, a Messi i Ronaldo to nie Hiszpanie, chociaż na co dzień występują w Barcelonie i Madrycie. Że nie wspomnę o sakramentalnym pytaniu "co to jest spalony?". A miliony miłośników futbolu będą musiały zadowolić się transmisją w telewizji.
Żeby było jasne, nie bronię nikomu wstępu na mecz. Zapraszam serdecznie! Ale koniecznie na te mecze, na które nie ma biletów? Chodźcie na ligę, tam stadiony ciągle świecą pustkami! Ale nie... "Może dorzuci mi pani tą 'Kobietkę', tę?" "Ojej, może panu jednak niepotrzebna?" "A nie, dlaczego? Chętnie przejrzę".
Mistrzostwa Europy w naszym kraju to nie tylko okazja do lansu, paradowania w modnych ciuchach i z kubkiem ze Starbucksa, zrobienia sobie "foci na fejsa" i spytania "którzy to nasi?", chociaż "nasi" zagrają tylko w trzech z trzydziestu jeden meczów imprezy. Dla wielu kibiców, którzy pasjonują się futbolem od lat, Euro mogło być jedyną szansą doświadczenia niepowtarzalnej atmosfery imprezy wielkiej rangi, zobaczenia na żywo boiskowych idoli. Nie każdego stać przecież, żeby jechać np. na Mundial do Brazylii, a europejskie puchary to jednak inny rodzaj zawodów.
Jeśli czyta to ktoś z ludzi, których określiłem tu mianem "janusza" (w dużym skrócie - osoba, która nie bardzo ogarnia, co to za mecz i o co chodzi, ale jest na to moda, więc idzie np. na mecz Arki z Bełchatowem wymalowana w biało-czerwone barwy), to chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie chodzi o to, że to źle, że idziecie na mecz. Świetnie, wpadajcie częściej! Ale, szanowne studentki kulturoznawstwa czy innych teatrologii, pomyślcie sobie, jak byście się czuły, gdyby raz na miliard lat do Polski (ba, do waszego miasta!) zawitał jakiś światowej sławy teatr/wasz ulubiony zespół muzyczny/ktoś, o spotkaniu kogo zawsze marzyłyście, a bilety na to widowisko zamiast do was, trafiłyby w drodze losowania w ręce jakichś "tępych kiboli", czy ogólnie osób niezwiązanych z tematem.
Oczywiście, trudno, by przed zamówieniem biletu każdy musiał przechodzić jakiś test piłkarskiego IQ. Ale może część biletów winna być dystrybuowana przez kluby z miast-gospodarzy? Może na przykład jakiś procent wejściówek na mecze rozgrywane na Baltic Arenie mogliby w pierwszej kolejności kupić kibice z karnetami na mecze Lechii Gdańsk, a na stadion w Poznaniu - fani Lecha? Nakręciłoby to przy okazji koniunkturę na rodzimą Ekstraklasę, a ludzie z metropolii, w których rozgrywanego będą Mistrzostwa, mogliby je poczuć w sposób bezpośredni, a nie tylko obserwując np. najebanych Angoli kąpiących się w miejskich fontannach. To luźny pomysł, zresztą zupełnie bez znaczenia, bo klamka zapadła, bilety rozlosowano, a armia "januszów" i tak zasiądzie na trybunach.
W Polsce nie ma klimatu na Euro. Piłkarze Smudy grają dramatycznie. O ile grają w ogóle, bo aktualnie wszystkie reprezentacje o poziomie wyższym niż Vanuatu boją się stawić czoła naszym "orłom". Afera korupcyjna zbiera żniwo już nie tylko wśród anonimowych działaczy, ale także wśród piłkarzy kręcących się wokół drużyny narodowej. W mediach nie ma już terminu "kibic", a "pseudokibice" to rzadkie, pieszczotliwe określenie. Są tylko "kibole", ewentualnie "bandyci" i "chuligani", którzy nagle stali się największym wrogiem narodu. Kiedy rozbijana jest jakaś grupa przestępcza, w informacji koniecznie musi znaleźć się adnotacja, jakiej drużynie kibicowali zatrzymani. Ci, którym szczęśliwie udało się trafić na mecz ligowy, muszą liczyć się z tym, że za rzucenie serpentyny czeka ich wysoka grzywna, za każdą "kurwę" mogą dostać zakaz stadionowy, a raca w oprawie niechybnie skończy się wycieczką do pierdla, i to na przeciwną stronę planszy, niż tylko "w odwiedziny".
Niemniej jednak, mimo tragikomicznej otoczki polskiego futbolu, stadiony na Euro puste nie będą, w dużej mierze dzięki "januszom". UEFA skasuje tyle, ile chciała, Polski Związek Premii i Nagród wymyśli coś, by zarobić jeszcze więcej, miasta może na imprezie nie stracą... Ale gdzie w tym wszystkim dobro polskiej piłki, która miała być największym beneficjentem przyznania naszemu krajowi organizacji Mistrzostw Europy?
PS. Osobną kwestią jest to, że sama dystrybucja tych biletów to szwindel stulecia. Za wylosowane wejściówki trzeba zapłacić bodaj do lipca, a szczęśliwcy otrzymają je na miesiąc przed Mistrzostwami. I tak, tłumacząc się względami bezpieczeństwa, czy sam chuj raczy wiedzieć jakimi, przez dziewięć miesięcy Europejska Mafia Piłkarska będzie obracała MILIONAMI EURO! Nie chce mi się w tej chwili dokładnie liczyć, ile wyniesie całkowity zysk, ale prawie 600 tysięcy biletów pomnożone przez - uśrednijmy - 60€, daje nam ponad 100 milionów złotych, pożyczonych bez procentu od kibiców. Tak się robi biznes!
PS2. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i ich prawdziwych wpisów na facebooku jest oczywiście przypadkowe.
