piątek, 29 kwietnia 2011

Piłka nożna dla kibiców!

To będzie notka inna niż poprzednie. Po pierwsze, nie będzie o Smudzie. Nie będzie nawet o reprezentacji. No, może pośrednio o nią zahaczy, bo będzie o Euro. Po drugie, będzie bardziej osobista, bo teraz jestem wkurwiony nie tylko jako Polak czy kibic reprezentacji Polski, ale jako kibic w ogóle. A właściwie to jako po prostu ja, niżej (nie)podpisany.
W ubiegłym tygodniu wylosowano bilety na pierwsze (i pewnie ostatnie) w historii Mistrzostwa Europy rozgrywane w naszym kraju. Tydzień zajęło organizatorom rozesłanie maili z informacją, kto bilety dostanie, a kto nie. Od wczoraj wiadomo, kto załapał się na te ochłapy. Bo - umówmy się - 41 proc. ogółu biletów, które trafiło do kibiców, to ochłap, resztka ze stołu, przy którym biesiadują sponsorzy i tzw. "działacze".
Na bilet każdy miał równe szanse. Niestety. Spośród moich znajomych, którzy zdążyli się pochwalić wynikami losowania na facebooku, loterię wygrały trzy osoby (zdobywając łącznie dziesięć biletów), z których dwie to kobiety, które na sto procent nie były w życiu na więcej, niż jednym meczu piłki nożnej. Z kolei w komentarzach u trzeciego znajomego dwóch gości chwali się, że mają wejściówkę na mecz Włochy-Serbia w Gdańsku. Cholera, przespałem losowanie? A nie, panowie na bilecie mają C1-C3 i nawet nie wiedzą, że grupy eliminacyjne i grupy turnieju finałowego to nie to samo.
Rozumiecie, o co chodzi? Trybuny na prawdopodobnie jedynej w naszym życiu piłkarskiej imprezie najwyższej rangi rozgrywanej w Polsce zalane będą przez falę "januszów". Trudno oszacować procentowo, ale mecze obejrzą ludzie, z których masa nie będzie świadoma, że Podolski to nie nazwisko polskiego piłkarza, a Messi i Ronaldo to nie Hiszpanie, chociaż na co dzień występują w Barcelonie i Madrycie. Że nie wspomnę o sakramentalnym pytaniu "co to jest spalony?". A miliony miłośników futbolu będą musiały zadowolić się transmisją w telewizji.
Żeby było jasne, nie bronię nikomu wstępu na mecz. Zapraszam serdecznie! Ale koniecznie na te mecze, na które nie ma biletów? Chodźcie na ligę, tam stadiony ciągle świecą pustkami! Ale nie... "Może dorzuci mi pani tą 'Kobietkę', tę?" "Ojej, może panu jednak niepotrzebna?" "A nie, dlaczego? Chętnie przejrzę".
Mistrzostwa Europy w naszym kraju to nie tylko okazja do lansu, paradowania w modnych ciuchach i z kubkiem ze Starbucksa, zrobienia sobie "foci na fejsa" i spytania "którzy to nasi?", chociaż "nasi" zagrają tylko w trzech z trzydziestu jeden meczów imprezy. Dla wielu kibiców, którzy pasjonują się futbolem od lat, Euro mogło być jedyną szansą doświadczenia niepowtarzalnej atmosfery imprezy wielkiej rangi, zobaczenia na żywo boiskowych idoli. Nie każdego stać przecież, żeby jechać np. na Mundial do Brazylii, a europejskie puchary to jednak inny rodzaj zawodów.
Jeśli czyta to ktoś z ludzi, których określiłem tu mianem "janusza" (w dużym skrócie - osoba, która nie bardzo ogarnia, co to za mecz i o co chodzi, ale jest na to moda, więc idzie np. na mecz Arki z Bełchatowem wymalowana w biało-czerwone barwy), to chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie chodzi o to, że to źle, że idziecie na mecz. Świetnie, wpadajcie częściej! Ale, szanowne studentki kulturoznawstwa czy innych teatrologii, pomyślcie sobie, jak byście się czuły, gdyby raz na miliard lat do Polski (ba, do waszego miasta!) zawitał jakiś światowej sławy teatr/wasz ulubiony zespół muzyczny/ktoś, o spotkaniu kogo zawsze marzyłyście, a bilety na to widowisko zamiast do was, trafiłyby w drodze losowania w ręce jakichś "tępych kiboli", czy ogólnie osób niezwiązanych z tematem.
Oczywiście, trudno, by przed zamówieniem biletu każdy musiał przechodzić jakiś test piłkarskiego IQ. Ale może część biletów winna być dystrybuowana przez kluby z miast-gospodarzy? Może na przykład jakiś procent wejściówek na mecze rozgrywane na Baltic Arenie mogliby w pierwszej kolejności kupić kibice z karnetami na mecze Lechii Gdańsk, a na stadion w Poznaniu - fani Lecha? Nakręciłoby to przy okazji koniunkturę na rodzimą Ekstraklasę, a ludzie z metropolii, w których rozgrywanego będą Mistrzostwa, mogliby je poczuć w sposób bezpośredni, a nie tylko obserwując np. najebanych Angoli kąpiących się w miejskich fontannach. To luźny pomysł, zresztą zupełnie bez znaczenia, bo klamka zapadła, bilety rozlosowano, a armia "januszów" i tak zasiądzie na trybunach.
W Polsce nie ma klimatu na Euro. Piłkarze Smudy grają dramatycznie. O ile grają w ogóle, bo aktualnie wszystkie reprezentacje o poziomie wyższym niż Vanuatu boją się stawić czoła naszym "orłom". Afera korupcyjna zbiera żniwo już nie tylko wśród anonimowych działaczy, ale także wśród piłkarzy kręcących się wokół drużyny narodowej. W mediach nie ma już terminu "kibic", a "pseudokibice" to rzadkie, pieszczotliwe określenie. Są tylko "kibole", ewentualnie "bandyci" i "chuligani", którzy nagle stali się największym wrogiem narodu. Kiedy rozbijana jest jakaś grupa przestępcza, w informacji koniecznie musi znaleźć się adnotacja, jakiej drużynie kibicowali zatrzymani. Ci, którym szczęśliwie udało się trafić na mecz ligowy, muszą liczyć się z tym, że za rzucenie serpentyny czeka ich wysoka grzywna, za każdą "kurwę" mogą dostać zakaz stadionowy, a raca w oprawie niechybnie skończy się wycieczką do pierdla, i to na przeciwną stronę planszy, niż tylko "w odwiedziny".
Niemniej jednak, mimo tragikomicznej otoczki polskiego futbolu, stadiony na Euro puste nie będą, w dużej mierze dzięki "januszom". UEFA skasuje tyle, ile chciała, Polski Związek Premii i Nagród wymyśli coś, by zarobić jeszcze więcej, miasta może na imprezie nie stracą... Ale gdzie w tym wszystkim dobro polskiej piłki, która miała być największym beneficjentem przyznania naszemu krajowi organizacji Mistrzostw Europy?
PS. Osobną kwestią jest to, że sama dystrybucja tych biletów to szwindel stulecia. Za wylosowane wejściówki trzeba zapłacić bodaj do lipca, a szczęśliwcy otrzymają je na miesiąc przed Mistrzostwami. I tak, tłumacząc się względami bezpieczeństwa, czy sam chuj raczy wiedzieć jakimi, przez dziewięć miesięcy Europejska Mafia Piłkarska będzie obracała MILIONAMI EURO! Nie chce mi się w tej chwili dokładnie liczyć, ile wyniesie całkowity zysk, ale prawie 600 tysięcy biletów pomnożone przez - uśrednijmy - 60€, daje nam ponad 100 milionów złotych, pożyczonych bez procentu od kibiców. Tak się robi biznes!
PS2. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i ich prawdziwych wpisów na facebooku jest oczywiście przypadkowe.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Ja to rozumiem, ja to szanuję, ale...

Niewielu jest w tym kraju ludzi, którzy w czterozdaniowej wypowiedzi potrafią zawrzeć cztery bzdury. Rzuciłem okiem na opinię Smudy po meczu Lech-Legia. Tylko rzuciłem okiem, przypadkiem, naprawdę, nie szukałem sensacji. No ale... Tako rzecze Franz:
1) "Teraz dałbym spokój i Maciejowi Skorży i Jose Mari Bakero. Tylko w Polsce zwalnia się po jednym nieudanym meczu" - bzdura. Po pierwsze, nie tylko w Polsce, po drugie, nie po jednym meczu. Nie chcę wchodzić w skórę właścicieli Lecha i Legii, a nawet w skórę kibiców tych dwóch drużyn, bo są to najpewniej jedni z najbardziej zawiedzionych ludzi w kraju. Wielkie możliwości, pieniądze, nazwiska, zajebiste stadiony... I co? Gówno, miejsca w lidze za Jagiellonią czy Lechią, a dziś prawdopodobnie jeszcze za Śląskiem. Nie chciałbym wchodzić w ich skórę i decydować, czy trenera trzeba wypierdolić dyscyplinarnie w tej chwili i liczyć, że nowy zbierze te piłkarskie wraki do kupy, czy poczekać aż obecny szkoleniowiec spierdoli wszystko, co się da, a po sezonie podziękuje się jemu i połowie piłkarzy. Okej, Bakero się jeszcze jakoś broni. Przejął zespół, kiedy ten był w przedsionku czarnej dupy, a teraz ma szansę na podium ligowej tabeli. Gdyby miał wystawiać sobie metryczkę, nie wspomniałby zapewne o tym, że swoimi kretyńskimi personalno-taktycznymi posunięciami spieprzył szansę na awans do kolejnej rundy Europa League, a także zabił efektowny, ofensywny styl, który prezentował Lech za Zielińskiego, czy (tfu!) za Smudy.
Ale Skorża? Po porażkach na początku sezonu powiedział, że zespół może walczyć o mistrzostwo, póki nie dozna więcej, niż pięciu porażek. Prowadzona przez niego Legia w lidze przegrała dziesięć razy. DZIESIĘĆ! Więcej razy pokonana z boiska schodziła tylko ostatnia Cracovia. Czy to, panie Smuda, jest "zwolnienie po jednym nieudanym meczu"?
Ale trudno się Franzowi dziwić. Musi brać swoich kolegów po fachu w obronę, bo gdyby ktoś się przyjrzał, okazałoby się, że dwaj tak krytykowani szkoleniowcy mają... lepszy procent zwycięstw w Ekstraklasie,niż on w roli selekcjonera kadry. Dlatego, szanowni kibice, za każdym razem, kiedy postulujecie o - delikatnie ujmując - rozwiązanie kontraktu ze szkoleniowcem waszego klubu, przypomnijcie sobie, że człowiek odpowiedzialny za najważniejszą drużynę w kraju, która reprezentuje każdego z nas, ma prawdopodobnie gorszy bilans od waszego "ulubieńca". Zadbajmy o polską kadrę, wypierdolmy Smudę!
2) "Rozmawiałem z nim ostatnio na ten temat, widać, że poprawia się w tym elemencie" - to o Jakubie Rzeźniczaku, gościu, który w trzech-czterech pierwszych kolejkach na wiosnę był absolutnie wyróżniającą się postacią swojej drużyny. Smuda wziął go na zgrupowanie i nie pozwolił powąchać boiska, uznając najwidoczniej, że Rzeźniczak nie jest godny kolejnego występu w reprezentacji, że jest za słaby. Na prawej obronie absolutnym pewniakiem jest (był?) Piszczek. Kiedy więc był czas, by sprawdzać jego potencjalnych zastępców/następców, jeśli nie np. w potyczce z Litwą? Wtedy Smuda uznał, że Rzeźniczak się nie nadaje. Teraz może okazać się, że zawodnik Borussii na dłużej wypadnie z reprezentacji, więc pan trener komplementuje zawodnika, który po powrocie ze zgrupowania wsławił się jedynie tym, że dostał po twarzy od Starucha. Franz, jak zwykle zresztą, konsekwentny do bólu.
3) "Nie jestem sędzią, ale nie dałbym Krzysztofowi Kotorowskiemu za starcie z Manu nawet żółtej kartki, natomiast zaliczyłbym nieuznanego gola Artiomsa Rudnevsa" - ocenił sporne sytuacje w tym meczu bezstronny człowiek, który jako doświadczony trener, a obecnie jedna z najważniejszych osób w polskim futbolu, powinien znać się co nieco na przepisach gry w piłkę nożną. Podkreślam słowo "bezstronny", bo nie zakładam, że wydając taki osąd, Smuda kierował się osobistą sympatią do Lecha. Wolę zrzucić to na karb jego głupoty. Gość wychodzi sam na sam z bramkarzem, mija go, znajduje się przed zupełnie pustą bramką, golkiper wycina go, nie mając szans na trafienie w piłkę, a człowiek, który - wydawałoby się - zjadł zęby na piłce, twierdzi, że Kotorowski nie zasłużył nawet na żółtą kartkę! Zrozumiałbym jeszcze, gdyby powiedział, że nie widział tam faulu. Przewinienie było ewidentne, ale okej, ktoś mógłby upierać się, że Kotorowski go nie trafił, że Manu symulował, że próbował wymusić... W porządku, nie zgadzam się z tym, ale ktoś może mieć coś z oczami. Ale Smuda milcząco przyznaje, że faul był, za to bramkarza Lecha nie powinna spotkać za niego żadna kara indywidualna. Matko Boska, selekcjoner reprezentacji Polski nie zna się na piłce nożnej! Nie zna przepisów, nie zna wytycznych, nie zna realiów!
Spalonego Rudnevsa nie będę komentował, każdy widział tam to, co chciał widzieć. A że większość piłkarskiej Polski uznała decyzję arbitra za słuszną? E tam, Franciszek Smuda i tak wie swoje.

piątek, 15 kwietnia 2011

Razom nas bahato, nas ne podołaty!

Pseplasam pamiętnicku, ze tak długo nie pisałem... Ale cóż, dopóki nie wpadnę na pomysł, jak na swoich gorzkich żalach zarobić cokolwiek (prócz szacunku ludzi ulicy), to z motywacją do tworzenia może być różnie. Zresztą, ktoś mądry kiedyś mi powiedział, że pisanie za darmo, wyłącznie dla własnego zadowolenia, prowadzi do grafomanii. A za młody jestem, żeby skończyć jak Tuzimek albo Stec. Pewnie, chciałbym za grubą kasę siedzieć i mądrzyć się w telewizorze, ale... Wiadomo, przyroda.
No, to tyle o mnie, a co tam u pana Franciszka? W sumie nic nowego, niestety, dalej jest trenerem. Tylko jakby krytyków mu przybyło. Po tym "skandalu w Pireusie", kiedy został "pierwszy raz wygwizdany", kilku dziennikarzy przejrzało na oczy. "Wyborcza", "Polska The Times", "Przegląd Sportowy", "Tylko Piłka"... To chyba nie koniec listy gazet, które w ostatnich tygodniach zamieściły artykuły z rozkminami o zwolnieniu Smudy. Razom nas bahato! Aż się ciepło na sercu robi.
Ale co tam dziennikarze... Jazdę po trenerze rozpoczęli jego podopieczni. I to nie tylko Artur Boruc i Michał Żewłakow, ze strony których krytyka jest sprawą oczywistą. Nie mają szans na grę u Smudy, a o tym, że cierpi na tym drużyna, a nie oni, przekonały ostatnie mecze.
Z kadrą na Euro pożegnał się także Patryk Małecki, którzy opowiedział o kulisach spotkania z selekcjonerem na kawie. Obaj byli w tym samym miejscu, każdy popijał małą czarną z kimś innym, ale widzieli, że ten drugi jest w tym samym lokalu. Ergo - Smuda był na kawie z Małeckim. Ma sens. A ja kiedyś byłem na meczu z Messim. Ja byłem na trybunach, on na boisku, ale byliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie, więc mogę powiedzieć, że byłem z nim na meczu. A z Tuskiem spotykam się parę razy w roku, tylko wolę się nie chwalić. Na odpowiedź znanego z niezmieniania poglądów trenera nie trzeba było długo czekać. Teraz podobno już nie temperament jest problemem. Mnie już nie chodzi o jego charakter, patrzę na niego od strony piłkarskiej - powiedział niedawno. Nikt mnie nie zmusi, bym brał go na siłę. Niech gra w lidze, niech pokaże, że jest od tych dwóch (Błaszczykowskiego - od pół roku bez formy i Peszki - ledwo przywróconego do kadry po dożywotnim skreśleniu, przyp. mr) lepszy, że jest najlepszy w ekstraklasie. No pewnie, w kadrze muszą grać najlepsi. Pozostaje tylko czekać, kiedy Małecki będzie równie najlepszy co Kucharczyk. Że o Wilku czy Wołąkiewiczu z grzeczności i z powodu innych pozycji na boisku nie wspomnę.
W klasyfikacji kanadyjskiej najlepszy z kolei jest Sobiech, czyli... kolejny, który nie zagra na Euro. Bo śmiał skrytykować analne zapędy Arboledy, pedał jeden. A kiedy Smuda powiedział mu, żeby - tu cytat - trzymał język za zębami, on odpowiedział - tu również cytat - że nie będzie trzymał języka za zębami. Gówniarz jeden, bezczelny typ. Cóż, jedni lubią trzymać palce w czyjejś dupie, inni język za zębami. I - powiedział Pan, polewając swoim uczniom - bądźcie jak oni, albowiem tylko tacy Euro z boiska oglądać będą.
Nie wytrzymał też Robert Lewandowski. Dyskretnie, acz dosadnie zjebał Smudę po meczu z Grecją, zarzucając mu nieumiejętność doboru taktyki do jej wykonawców. Ale trener wie lepiej. "Gdybym miał jedenastu idealnych graczy, niepotrzebne byłoby im żadne ustawienie". I chyba cholernie wierzy w to, że ma tych jedenastu ideałów, bo myśli taktycznej na boisku nie widać. Rozumieją się ci, którzy grają ze sobą w klubie, a inni po prostu biegną w kierunku piłki. Franek szybko zreflektował się jednak, że nie bardzo można Lewandowskiemu grozić, bo po tym jak nieformalnie odpalił już Jelenia, napastnicy strzelający gole w silnych ligach mogliby mu się błyskawicznie skończyć. Wysilił się więc tylko na błyskotliwą ripostę pod adresem napastnika Borussii, mówiąc, że jeśli ten będzie wykorzystywał takie sytuacje, jak w meczu z Grecją, to "problemu nie będzie". Nie twierdzę, że to dobrze, że Lewandowski nie trafił, bo gracz o jego umiejętnościach powinien pakować takie piłki do bramki z palcem w dupie (sorry, Ebi) zamkniętymi oczami. Ale czy ta jedna bramka naprawdę zmieniłaby ogólnie mizerny obraz? Czy naprawdę ten gol sprawiłby, że "problemu nie będzie"?
Swoją drogą, żałuję, że nie widziałem nigdy Smudy na boisku. Podobno występował jako obrońca. Nie wiem, ile samobójów strzelił w karierze, ale jeśli robił to z taką gracją, z jaką czyni to teraz, to musiało być wesoło. "Jeśli wszyscy będą zdrowi, mam już jedenastu graczy, na których można polegać". To oczywiście o jedenastce na Euro. Ekstra, kurwa! Z przodu Lewandowski, który jeszcze ma kredyt zaufania. Ale kto wie, czy jeśli po następnym meczu skrytykuje taktyczny geniusz selekcjonera, nie podzieli losu Boruca i Żewłakowa. Butelkę wina można podrzucić każdemu. Na skrzydłach rezerwowy Błaszczykowski i Obraniak, który odkąd zmienił obywatelstwo z francuskiego na polskie, z francuskiego na polski zmienił również styl gry. W środku nijaki, opasły Murawski i Matuszczyk, któremu, cholera, nie mogę nic zarzucić. Oprócz tego, że jeszcze ze dwa lata temu był Niemcem. Między słupkami Bramkarz Arsenalu. Który? Pewnie rezerwowy, tak żeby pójść pod prąd i zaskoczyć publikę. Na koniec celowo zostawiłem obronę. W tej formacji każdemu czegoś brakuje. Grający na lewej stronie Niemiec Boenisch nie ma kolana, francuski stoper Perquis i kolumbijski płaczek Arboleda nie posiadają polskich paszportów, a "prawy obrońca Borussii Dortmund i reprezentacji Polski, grający kiedyś w Zagłębiu Lubin i Hertcie Berlin, syn Kazimierza i Haliny Piszczków, brat Marka Piszczka (kocham to, kurwa, kocham to!), Łukasz P." - nazwiska.
I choć jeszcze jakiś czas temu selekcjoner zarzekał się, że jeśli okaże się, że jeśli jakiś piłkarz był zamieszany w korupcję, to z jego drużyny "wyleci, choćby to był sam Ronaldinho". Dodał też, że za błędy młodości trzeba płacić i nie będzie to okolicznością łagodzącą. Wylatuje taki i już. No i teraz Łukasz, syn Kazimierza i Haliny Piszczków, deklaruje, że jest przygotowany na to, że w reprezentacji już nie zagra i rozważa przy tym dobrowolne z niej zrezygnowanie. Zaznacza przy tym jednak, co następuje: "W środę powiedziałem Franciszkowi Smudzie o rozterkach. Trener prosił, żebym nie podejmował pochopnych decyzji, bo przemawiają przeze mnie emocje". To musiała być ciekawa rozmowa.
- Trenerze, to co, teraz powinienem pewnie sam zrezygnować z kadry? Żeby nie było, że mnie trener za karę wyrzuci...
- Nie podejmuj żadnych pochopnych decyzji, przemawiają przez ciebie emocje. Weź nie pierdol, Łukasz...
- Ale trener sam mówił...
- A co ja teraz bez ciebie zrobię? Kikuta powołam?! Czy tego z Grecji, jak mu tam? Wyżeł? Owczarek?
- Sznaucner
- No no, sznaucer
- No ale trener sam mówił, że korupcja, że nigdy...
- Chuj, młody byłeś!
- Ale trener sam mówił, że jak korupcja, to nawet że młodzi, że nie...
- Oj tam, oj tam - powiedział Smuda, po czym czule, niczym troskliwy, wyrozumiały ojciec, pogłaskał P. po główce.