niedziela, 17 czerwca 2012

Nic się nie stało... Doprawdy?!

Nic mnie tak nie wkurwia, jak mówienie, że czarne jest białe. Wyszedłem wczoraj z gdańskiej strefy pajaca na starówkę, żeby zobaczyć, jak bawią się wiecznie szczęśliwi Hiszpanie i Irlandczycy. A tam - niespodzianka! Zamiast zielonych i czerwono-niebieskich strojów widzę... biało-czerwone i w dodatku radosne! A co przy tym słyszę? "Biało-czerwone to barwy niezwyciężone!" - no jak to, kurwa, niezwyciężone, skoro właśnie przegrały, przejebały z kretesem, zebrały zasłużony wpierdol? No dobra, to pół biedy. Najgorsze, co można było wtedy usłyszeć, to nieśmiertelne "nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!"...

NO JAK TO, KURWA, NIC SIĘ NIE STAŁO?!?!?!?! Ludzie! Reprezentacja PZPN zajęła OSTATNIE miejsce w NAJSŁABSZEJ grupie w historii Mistrzostw Europy, w dodatku rozgrywanych U SIEBIE! Co może "stać się" bardziej niż taka katastrofa?

Tego - wydawało się - nie dało się spierdolić. UEFA w 2007 roku uwierzyła Polsce i dała jej pięć lat na przygotowanie do tej imprezy. Nie chcę wchodzić w gadki o infrastrukturze i zmianie mentalności społeczeństwa. Porozmawiajmy o sporcie. Mieliśmy PIĘĆ LAT. Pięć pierdolonych lat, żeby stworzyć reprezentację, która na największej imprezie w historii Polski nie da dupy. Mieliśmy prawie 2000 dni, aby wyselekcjonować grupę 23 gości, którzy zagrają na odpowiednim poziomie, nie spalą się psychicznie i wykorzystają szansę, którą dał im - jak i nam wszystkim - los.

Ten sprzyjał nam zresztą wybitnie. Wprawdzie w grupie trafiliśmy na drużyny, które w ostatnich pięciu turniejach o Mistrzostwo Europy przynajmniej raz stawały na podium, ale... słabszych trafić się nie dało. Wyjście z takiej grupy podczas turnieju rozgrywanego u siebie było absolutnym obowiązkiem. Zapewne już nigdy, w żadnych rozgrywkach, piłkarska reprezentacja Polski nie będzie losowana z pierwszego koszyka. Nigdy nie znajdzie się w gronie najsilniejszych, najbardziej uprzywilejowanych drużyn. Ba, wskutek rozgrywania przez dwa i pół roku wyłącznie spotkań towarzyskich (i to z różnym skutkiem) oraz Euro-klapy polski zespół znalazł się tak nisko w rankingu FIFA, że na kilka najbliższych turniejów mistrzowskich może się w ogóle nie zakwalifikować (tak niski ranking powoduje losowanie do eliminacji z czwartego koszyka, czyli znalezienie się w kwalifikacyjnej grupie z trzema teoretycznie silniejszymi rywalami).

To jednak melodia przyszłości, niedalekiej, ale przyszłości. Żeby mówić o epoce, która wczoraj dobiegła końca, chciałbym cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. Napisałem o pięciu latach na przygotowania, ale oddajmy Franzowi, że przez pierwsze dwa i pół roku rządził jeszcze Beenhakker. Holendra można było nie lubić, mógł irytować swoją pychą i pseudomentorskim tonem wypowiedzi. Ale trzeba przyznać, parafrazując Grzegorza Latę, że przy Smudzie Leo to był gość. Butny, ale inteligentny, kontrowersyjny, ale fachowy. W krótkim czasie z grupy przeciętnych ligowców stworzył zespół, który wyszedł z arcytrudnej grupy eliminacyjnej. Wzniósł rzemieślników pokroju Golańskiego, Bronowickiego czy Garguły ponad ich domyślny poziom, pokonał Portugalię, wywalczył pierwszy w historii awans na Mistrzostwa Europy. Później nieco zdziwaczał, zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Prowadzona przez niego reprezentacja na Euro 2008 wywalczyła zaledwie punkt, później kompletnie spartaczyła eliminacje do MŚ 2010. Ale nie można powiedzieć, że Beenhakker zostawił po sobie spaloną ziemię, a kadrę trzeba było budować od nowa. A tak właśnie twierdził Smuda...

Piszczek, Wasilewski, Wawrzyniak, Wojtkowiak, Błaszczykowski, Dudka, Grosicki, Murawski, Obraniak, Brożek, Lewandowski. Jedenastu spośród powołanych na Euro 2012 grało wcześniej u Leo. Gdyby kontuzji nie doznał Fabiański, byłby dwunastym i wtedy można by z wyżej wymienionych ułożyć całkiem niezłe zestawienie. Smuda miał dwa i pół roku na wyselekcjonowanie pozostałych jedenastu. Miał 34 gry towarzyskie przed rozpoczęciem turnieju, by dostosować kadrę nie tylko personalnie, ale także by nadać swojej drużynie jakiś styl gry, narzucić schemat taktyczny i wpoić go podopiecznym. 34 spotkania - czyli o cztery więcej niż rozgrywa każdy zespół w trakcie ligowego sezonu w Polsce - w których wystąpiła oszałamiająca liczba 81 (słownie OSIEMDZIESIĘCIU JEDEN) zawodników.Co można wyćwiczyć, tak rotując składem? Dość powiedzieć, że taka jedenastka, jaka wyszła na mecze z Rosją i Czechami, nigdy wcześniej nie spotkała się razem na boisku, a skład na Grecję grał ze sobą wcześniej dwa razy - przed samym turniejem. Dodatkowo na mecze o wszystko Smuda po raz pierwszy w swej selekcjonerskiej karierze zdecydował się na ustawienie z trzema defensywnymi pomocnikami. Gdybyśmy rozmawiali o Royu Hodgsonie, który angielską kadrę przejął dwa miesiące temu, kombinowanie ze składem i ustawieniem w trakcie docelowego turnieju można by ewentualnie uznać za zrozumiałe. Ale mówimy o człowieku, który na przygotowanie drużyny miał dwa i pół roku! Dokładnie 32 miesiące pobierania niemałej pensji - jak się okazuje - za nic, skoro i tak wszystko wychodziło dopiero w praniu.

Smuda miał coś, czego pozazdrościć mogliby mu chyba wszyscy koledzy po fachu - niespotykany komfort pracy. Przeszło dwa i pół roku bez rozliczania z wyników, podczas których mógł w spokoju szukać pomysłu na reprezentację. Dostał gwarancję pracy do Euro i na tym turnieju miał osiągnąć sukces (cel minimum - wyjście z grupy). Choć wszyscy patrzyli mu na ręce, nic poza patrzeniem nie mogli zrobić. Większość kibiców w niego wierzyła, nieprzychylne media też można było zliczyć na palcach jednej dłoni. I wszyscy byli karmieni tymi samymi bajkami - w przypadku porażek wynik nie był ważny, liczyło się szlifowanie jakichś elementów taktycznych, za to rezultaty zwycięskich meczów były już bardzo istotne. Gra była wciąż bezbarwna, kadra grała bez stylu i pomysłu, a dobre momenty wynikały zazwyczaj z indywidualnych poczynań poszczególnych graczy lub błędów przeciwników. Za kadencji Smudy kadra nie wygrała ANI JEDNEGO meczu przeciwko drużynom, które zakwalifikowały się na polsko-ukraiński turniej. Ale forma miała przyjść na Euro 2012 i tylko to się liczyło. Nie przyszła.

W trakcie swojej pracy Smuda wielokrotnie błyszczał niekompetencją, niekonsekwencją i brakiem umiejętności logicznego myślenia. Za incydenty odbywające się po zgrupowaniach wyrzucał z kadry kolejno Peszkę, Iwańskiego, Boruca, Żewłakowa i ponownie Peszkę, zamiatając jednocześnie pod dywan afery wybuchające przed meczami (vide słynna swego czasu wizyta jednej trzeciej kadry w poznańskim domu schadzek). O ile Peszko podłożył się dwukrotnie, a i jego forma (podobnie jak Iwańskiego) nie dałaby mu powołania na Euro, o tyle Boruc byłby niewątpliwym wzmocnieniem kadry bramkarskiej, a brak Żewłakowa był widoczny aż nadto. Z początku to na nim Smuda budował swoją defensywę, a po jego skreśleniu długo miotał się z kleceniem środka obrony. Kto wie, może gdyby nie odpalił defensora Legii, nie musiałby na pozycję stopera przestawiać nominalnych prawych obrońców (Wasilewski, Wojtkowiak), ani szukać posiłków nad Sekwaną. Selekcjoner organizował ponadto mecze dla ligowych ogórków, z których nie płynęła żadna korzyść. Spośród graczy, którzy wystąpili w ostatnim tego typu spotkaniu - przeciwko Bośni - na Euro pojechało dwóch, zresztą w roli turystów (Wojtkowiak, Kamiński). Pojęcie reprezentanta zostało zdewaluowane, bo dziś xA przy nazwisku mogą wpisywać sobie tacy zawodnicy jak Gliwa, Tosik, Janusz Gancarczyk albo Tomasz Nowak. O "farbowanych lisach" pisałem już nie raz, więc nie będę wracał do tego tematu. Podkreślę tylko, że Smuda z importowania graczy innych narodowości zrobił sposób na swoją drużynę i gdyby mógł naturalizować, dajmy na to, Rudnevsa albo Ljuboję, to pewnie zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Powołując hurtowo przeciętnych ligowców i ściągając zagraniczne posiłki, nie dał szans na występ w kadrze regularnie grającym w Europie byłym reprezentantom, jak Kuś czy Sznaucner. Nie poleciał do Anglii, by obejrzeć Cywkę i Majewskiego, bo bał się, że nie zdąży z powrotem na Sylwestra. Przy powoływaniu kadry na Euro był ślepy i głuchy na poczynania i formę mistrzów i wicemistrzów Polski, mimo, że sprawdzał ich we wspomnianych ogórkowych sparingach. Ponadto najskuteczniejszego polskiego ligowca, Tomasza Frankowskiego, w kadrze uczynił trenerem napastników. Skoro czynny wciąż piłkarz Jagiellonii jest słabszy od Brożka czy Sobiecha, to czego może ich nauczyć jako szkoleniowiec bez papierów? A jeśli jednak jest lepszy, to jego miejsce winno być na boisku lub przynajmniej na ławce, ale w dresie dla zawodnika.

Do tego wszystkiego należy dodać dziwną otoczkę meczów kadry Smudy. Zamiast w ostatnich miesiącach przed Euro grać u siebie, na pięknych, nowo wybudowanych stadionach, reprezentacja PZPN występowała w roli objazdowych cyrkowców, od Niemiec, przez Austrię i Turcję, aż po Koreę Południową. I tak wyszło na to, że w ostatnim meczu we Wrocławiu gospodarzami byli Czesi, bo grali na tym stadionie po raz trzeci, a dla kadry Smudy był to dopiero drugi mecz na tym obiekcie. Poza tym, kiedy wszystkie drużyny zjeżdżały na zgrupowania do Polski, Franz swoich zawodników zabrał do Austrii, by po powrocie umieścić ich w centrum stolicy, zamiast w którymś z licznych wysokiej klasy ośrodków na peryferiach. I kiedy większość drużyn sparowała w ostatnich spotkaniach z mocniejszymi od siebie, ewentualnie z zespołami przypominającymi stylem gry któregoś z rywali, Smuda wolał grać z kelnerami z Andory.

Kwintesencją Smudowej indolencji szkoleniowej był mecz z Czechami. Ubzdurał on sobie, że mecz z Rosją był dobry w wykonaniu jego podopiecznych, więc na pojedynek przeciwko naszym południowym sąsiadom wystawił ten sam skład. Z tym samym hamulcowym Boenischem, słabym Murawskim i beznadziejnym, tragikomicznym wręcz Obraniakiem. I przede wszystkim - ultradefensywnym ustawieniem. Na mecz, który trzeba bezwzględnie wygrać, w którym remis nic nie daje, drużyna nie może wyjść w systemie 4-3-2-1, z SIEDMIOMA defensywnymi zawodnikami! Jak walczyć o zwycięstwo pokazali Czesi. Kiedy dowiedzieli się w przerwie, że remis nic im nie daje, od początku drugiej połowy rzucili się na swoich rywali, wpakowali bramkę i... wcale nie cofnęli się, tylko próbowali ukąsić ponownie. Reprezentacja PZPN straszyła głównie z kontry i nie można powiedzieć, że poniosła porażkę niezasłużoną. A zmiany, o których tyle mówiło się w poprzednich meczach, tym razem też nie wypaliły. Szkoleniowiec przeprowadził je na szybko, kiedy trzeba było zrobić coś, cokolwiek. I tak wyglądała późniejsza gra - byle jakoś do przodu, na aferę, bez pomysłu i w nigdy wcześniej nietestowanym ustawieniu.

Wcześniej też nie było lepiej. Umówmy się, do sytuacji, po których reprezentacja PZPN strzelała gole, Smuda nie przyłożył ręki. Pierwsze trafienie to schemat z Dortmundu, drugie - indywidualny błysk Błaszczykowskiego, trzecie... A nie, przepraszam, w trzech meczach na swoich boiskach kadra strzeliła tylko dwie bramki. Franz w gruncie rzeczy dostał nie najgorszy materiał ludzki, do tego kilku zawodników, którzy znali się z gry w klubie (trio z Dortmundu, potencjalnie Wawrzyniak i Rybus na lewej stronie). Pozostało dopracować niektóre schematy i, co chyba najważniejsze, nie spierdolić gotowych. Tymczasem zepsuć udało się niemal doszczętnie ten, na który wszyscy liczyli najbardziej. Wspólna gra Mistrzów Niemiec, oprócz kilku akcji w meczu z Grecją, ograniczona była do minimum. Choć "Błaszczykowscy" szukali się na boisku, to nic z tego nie wychodziło, a Piszczek, ograniczony do zadań defensywnych, był cieniem zawodnika, o którego miał niedawno zabiegać Real Madryt.

Smuda bardzo długo jechał na farcie. Szczęście sprzyjało mu na boisku i poza nim - spadło mu z nieba Euro u siebie, grupa marzeń, nieźli - w gruncie rzeczy - piłkarze... Na tym turnieju też coś mogłoby się inaczej potoczyć, jakiś przypadkowy strzał mógłby trafić do bramki a nie obok niej, sędzia mógłby nie zauważyć spalonego przy bramce Polanskiego, Szczęsny mógł inaczej wyjść do dośrodkowania przy bramce dla Greków... Któreś zdarzenie, na którego powodzenie Smuda nie miałby żadnego wpływu, mogłoby pójść po jego myśli. Wtedy, zupełnie niezasłużenie, byłby noszony na rękach i uznawany za bohatera. Ale fart się skończył. Król jest nagi.

Usłyszałem już parę razy "to co, pewnie teraz się cieszysz, że wyszło na twoje?" Otóż nie do końca. Choć przez długi czas ten cały piłkoszał i euroentuzjazm irytował mnie, to w trakcie trwania Mistrzostw nieco zmieniłem swój stosunek. To było całkiem słodkie, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi sunęło ulicami, by przez 90 minut udawać piłkarskich ekspertów, a później ruszyć w miasto w myśl zasady "jak wygramy, to się schlamy, jak przegramy, też się schlamy, jak zremisujemy, to się najebiemy". To fajne, że w środku nocy w dzień powszedni można było pójść do centrum i spotkać tam stada ludzi żądnych zabawy. To urocze, że moja matka potrafiła zadzwonić do mnie w trakcie meczu Ukraina - Francja nie po to, by spytać co u mnie, a po to, żeby powiedzieć, że w dzisiejszej piłce zdecydowanie za dużo bramek pada po głupich, pozornie niegroźnych stratach na połowie przeciwnika. Tych wszystkich euro-zakręconych jest mi teraz szkoda. Wraz z odpadnięciem reprezentacji PZPN (no i Irlandii, ale to temat na inną opowieść) turniej straci pewnie bardzo dużo ze swojego kolorytu. Polacy ślepo uwierzyli w kadrę, pragnęli zwycięstwa, zjednoczyli się "przed katastrofą". Powiedziano im, że będzie dobrze, więc cieszyli się z sukcesików po drodze (obroniony karny, remis z Rosją), czekając, aż nadejdzie sukces wielki. Nie nadszedł.

Za ten doping, januszowaty albo sterowany, ale słyszalny i oddany, za tę bezgraniczną wiarę i serce na trybunach piłkarze muszą być fanom wdzięczni. To właśnie reprezentanci PZPN muszą dziś krzyknąć "dziękujemy!" i żałować. Tak szczerej, ślepo wpatrzonej i przede wszystkim tak licznej publiki już nigdy nie dostaną. To se ne vrati, pane Havranek. To również udało się spieprzyć.

Pytanie - co dalej? Mówi się o Piotrze Nowaku, który moim zdaniem byłby kandydatem idealnym, choćby dlatego, że jest on zupełnym przeciwieństwem Smudy. Jeszcze młody, energiczny, wykształcony. Nie jest produktem zapyziałej polskiej szkoły trenerskiej, doświadczenie na ławce zdobywał w zupełnie innych, amerykańskich warunkach. Jakiś czas temu, z rok albo półtora roku, Polsat Sport wyemitował długi materiał z wizyty Mateusza Borka w siedzibie Philadelphia Union, zespołu prowadzonego wówczas przez Nowaka. Szukałem tego reportażu gdzieś w internecie, ale nie mogę znaleźć. A szkoda, bo tego trenera naprawdę przyjemnie się słuchało. Mówił z pasją i wiedzą, prezentując przy tym używane w Stanach nowinki techniczne, ułatwiające pracę szkoleniowca. Przeniesienie tego na polski grunt mogłoby być ciekawe. To, że jest dobrym fachowcem, nie ulega chyba wątpliwości, skoro Amerykanie, niespecjalnie skorzy do promowania obcokrajowców, powierzyli mu swego czasu prowadzenie olimpijskiej reprezentacji swojego kraju. Czy odważą się na to decydenci z PZPN-owskiego betonu? Nowak kilka dni temu rozwiązał kontrakt w Filadelfii. Przypadek?

Niewyjście z tak słabej grupy na rozgrywanym u siebie turnieju jest wstydem, tak dla piłkarzy (o których celowo nie wspominam za dużo, to temat na inną notkę, którą także wkrótce popełnię), jak i dla selekcjonera. Franciszek Smuda jest obecnie trenerem skompromitowanym. Z głodu nie umrze, z pensji, premii i kontraktów reklamowych mógł odłożyć ogromne kwoty na spokojną emeryturę. Czy znajdzie się chętny na jego zatrudnienie? Pożyjemy, zobaczymy. Póki co zostaje mu promowanie produktów z Biedronki. Może z tej rywalizacji - przeciwko Lidlowi z Jackiem Gmochem "na ławce" - uda mu się wyjść zwycięsko.

13 komentarzy:

  1. Ależ pierdolenie, gdyby nie to, że nie mogę usnąć nawet bym tu nie zajrzał. Proponuję ci chłopaczku zacząć używać rzeczowych argumentów (czy wiesz co to takiego?) i przestać tak lać wodę.
    Ja w tym chujowym pseudo-tekście widzę tylko napinkę jakiegoś cwelucha, który przyjechał tu z kambodży i nawet nie jest polakiem. Wypierdalaj po banany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chciałbym być w połowie tak rzeczowy jak Twój komentarz. następnym razem postaram się bardziej. pozdrawiam z mojego domku w Phnom Penh.

      Usuń
  2. ty kolego powyżej właśnie jesteś "polakiem" z małej litery. Naucz sie kultury wypowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. „Nie chcę wchodzić w gadki o infrastrukturze i zmianie mentalności społeczeństwa. Porozmawiajmy o sporcie.”

    Szkoda, bo to o wiele ważniejsze od piłki nożnej. Pod względem cywilizacyjnym byliśmy w oczach świata - mniej więcej tam, gdzie w rankingu FIFA. Platini dał nam 5 lat, ale nie na zbudowanie kadry :) Sportowo? Robisz tragedię, bo 20 i pare lat nie wystarczyło Ci, aby przyzwyczaić się do hierarchii piłkarskiej na świecie? Pewnych rzeczy się nie przeskakuje - 4 lata temu w europejskiej grupie eliminacyjnej znaleźliśmy się tuż nad San Marino, w 4 lata mieliśmy się znaleźć w najlepszej ósemce na kontynencie...?
    Dawid

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I odbij negatywem kolorystyke bloga, bo tak długie treści na ciemnym, dodatkowo teksturowanym tle kurewsko męczą oczy :)
      D.

      Usuń
  4. "Niewyjście z tak "słabej" grupy jest wstydem", rzecze autor. Odważne jest twierdzenie, że na finałach wielkich imprez są grupy mocne i słabe. Z tego co wiem, z pięćdziesięciu jeden zespołów grających w eliminacjach do polsko-ukraińskich mistrzostw dostało się czternaście. Drużyn, którym nikt za darmo awansu nie dał i które żeby awansować musiały rozegrać od 8 do 10 meczów plus ewentualne baraże. Oczywiście można w tej sytuacji powiedzieć... hola hola mości Panie, grupy eliminacyjne składają się z 1-2 potentatów i reszty trampkarzy pokroju Azerbejdżanu, San Marino i innych "dostarczycieli punktów". Uważasz ich za słabeuszy? Wyjdź na boisko i zagraj lepiej! Walcz przez 90 minut, przerywaj ataki, strzel bramkę, przesądź o losach meczu! Wtedy będziesz miał podstawy żeby cokolwiek powiedzieć. Zwycięstwa nie robią się same - biegać walczyć i się starać, na boisku trzeba zapierdalać! To raz.

    Dwa. Co rzekomo miało świadczyć o słabości naszej grupy? Poziom piłkarski lig w krajach? Liczba indywidualności (czyt. gwiazd) w poszczególnych kadrach? Subiektywne zdanie na temat piłkarzy bazujące na prasie sportowej, meczach obejrzanych w tv? Może postawa drużyn w meczach sparingowych? A może złudny sentyment do czasów minionych, który podpowiada, że Czesi nie mają już Jana Kollera, Karela Poborskiego czy Pavla Nedveda, Grecy mimo, że mistrzowie kontynentu z roku 2004 dziś nie mają już w składzie ojców tamtego sukcesu (m.in Dellas, Seitaridis, Charisteas, Basinas, Zagorakis), natomiast jeden z trzech rozegranych spotkań z reprezentacją Rosji (nie mówię o meczach ze Związkiem Radzieckim) udało nam się nawet wygrać (w 1998r. 3-1). W końcu może słabość naszej grupy wynika z tego, że w pesie, fifie mają niskie staty? Celowo przeginam żeby powiedzieć, że mecz meczowi nierówny a ocenianie drużyny bazując na własnych albo co gorsze obcych animozjach można o kant dupy rozbić bo i tak wszystko weryfikuje boisko, i znowu - uważasz kogoś za cieniasów? wyjdź na boisko i zagraj lepiej! To, że jednego dnia przegrywamy wcale nie oznacza, że jutro nie możemy wygrać i odwrotnie. Przykładu nie należy daleko szukać. Wystarczy przypomnieć sobie jeden z meczów przed Euro 2004, w którym potrafiliśmy wygrać w Szczecinie z późniejszymi mistrzami Europy, Grekami (1:0).

    Dokończenie w części II :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część II

      Trzy. Aspekt psychologiczny. Przykład na podstawie autentycznych wydarzeń, do których odwołał się nawet autor. Mecz Polska-Czechy. Przerwa. Czesi otrzymują wiadomość, że Grecy prowadzą 1:0 z Rosją. Wynik z ich punktu widzenia beznadziejny bo spadają na trzecie miejsce w grupie. Co się dzieje po przerwie? Słabi Czesi (bo przecież rzekomo cała grupa była słaba) spinają poślady i strzelają bramkę. Osiągają swój cel. Grając z nożem na gardle, mając świadomość wymykającej się z rąk szansy awansu, znajdują w sobie siłę i motywację, osiągając to na czym im zależało. Słabi Czesi, pijący piwo Pepiczki knedliczki... Ci sami, którym po pierwszym, sromotnie przegranym meczu z Rosją niemal nikt nie dawał szansy na grę w ćwierćfinale (a nota bene Rosji co niektórzy "znawcy" wpychali w ręce puchar). No to może "słaba Grecja"?. Bilans piłkarzy-filozofów po 2 meczach był jeszcze gorszy niż naszych orłów. Wygrana dawała szanse na wyjście z grupy ale tylko przy założeniu, że "słabi Czesi" wygrają ze "słabą" Polską. Finał? Murowane pewniaki do wyjścia z grupy, bracia moskale jadą do domu. W grze pozostają Czesi i Grecy, zespoły, które awansowały dzięki walce i zaangażowaniu, udowadniając po raz kolejny słowa trenera Górskiego, że "dopóki piłka w grze, wszystko zdarzyć się może". Słaba grupa? Ahahahahaha


      Zbierając wszystko do kupy, nie zgadzam się z nazywania naszej grupy (i wszystkich innych) "słabą". Po pierwsze z powodów, które przedstawiłem powyżej a po wtóre dlatego, że umniejsza to moim zdaniem znaczenie awansu do dalszych gier Czechów i Greków. Po trzecie w końcu z szacunku dla tych trzydziestu siedmiu reprezentacji, które nie zakwalifikowały się do turnieju finałowego, a dla których sam awans do Euro 2012 mógłby stać się największym sportowym wydarzeniem w życiu tych piłkarzy, wszystkich i każdego z osobna, o grze w najlepszej ósemce piłkarskiej Europy, nie wspominając.

      Najlepszego!

      Usuń
    2. Ja osobiście nie miałbym pretensji jakby przegrali po walce. Gdzie taka była ? W mecz z kacapami, gdzie romantyczne uniesienie i dewiza "bij ruska za wszelką cenę" towarzyszy reprezentacji Polski w każdej dyscyplinie sportowej ? A co z innymi przeciwnikami ? Dlaczego z Grecją czy Czechami udało się stworzyć sytuacje bramkowe praktycznie tylko w początkach meczu ? Dalej już była równia pochyła. Zabrakło sił ? W takim turnieju po prostu nie ma prawa zabraknąć sił ! Tym bardziej jak się gra w dwunastu. Nie było w tych meczach charyzmy i polotu, której w takim turnieju MAMY PRAWO oczekiwać. Już nie mówiąc o rzeczach bardziej przyziemnych jak zgranie. Jak się patrzyło na Obraniaka (wystarczy patrzeć oczami piknika, nie musi to być znawca), to widać było, że chłop nie jest przygotowany motorycznie. Powolny, łatwe straty piłki. Słaby jak, z całym szacunkiem, barszcz ukraiński.
      Zabrakło wszystkiego, KURWA !
      Nie widzę okoliczności łagodzących. Dlaczego zwykło się mówić przed tym turniejem i w czasie jego trwania, że "co mają powiedzieć Ukraińcy o swojej grupie?" w odniesieniu do naszej. Przypadek czy głosy pikników ? Dlaczego ich grupę zwykło się oceniać jako trudniejszą ? Przecież na takim turnieju nie ma słabych drużyn. Owszem są. I jakich argumentów byś nie podawał, ta grupa była najsłabsza. Jeśli nie ze sportowego punktu widzenia, to na pewno z psychologicznego, który w imprezach takiej rangi uważam za znacznie ważniejszy. W myśl zasady "kto się nie zesra, ten wygra". Nasi się zesrali. I to tak wielką kupą, która potrafiła swoim nurtem porwać entuzjazm kilku milionów ludzi...

      Świder

      Usuń
  5. http://www.ipla.tv/Cafe-futbol-extra-piotr-nowak/vod-5229179

    łap reportaż

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dobre podsumowanie. Nasi grali słabo, "zwycięskie remisy" nie są receptą na osiąganie sukcesów. Brak skuteczności, efektywności, gra nastawiona na przetrwanie i "a może uda się wygrać".
    Czesi strzelili nam naprawdę szmaciarską bramkę, nie jedną z najpiękniejszych w tym turnieju.
    Trochę wstyd, trochę bieda, przede wszystkim grube rozczarowanie.

    OdpowiedzUsuń
  7. najgorsze jest w tym wlasnie ta propaganda dyzmy i tvp, ze prawie sie udalo wyjsc, nie popelniono zadnych bledow (samo sie przegralo), teraz duzo januszy chce pozostania dyzmy. Najgorszego i najglupszego trenera w historii. Tylko w Polsacie z nim jadą, ale jest jeszcze ostatni majtek na pokladzie Kolton ktory trzaska loda Dyzmie w kazdym wydaniu cafe euro

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja nadal czekam na kolejną notkę, bo lubiłem je...

    OdpowiedzUsuń