piątek, 8 czerwca 2012

Nie pytaj mnie: "gdzie oglądasz NASZYCH?"

 
Cieszą się Polacy, cieszy Ukraina, stadion oszalał, a narodowych flag na ulicach więcej niż 2 i 3 maja oraz 11 listopada razem wziętych. Patrioci z doskoku w akcji. A ja sobie siedzę i hejtuję, bo mam takie prawo. Nie kibicuje drużynie, która w Euro 2012 występuje pod szyldem reprezentacji Polski. Nie ma dla mnie na tym turnieju ekipy, która reprezentowałaby mój kraj i pozwolę sobie z tej okazji spuścić trochę żółci z wątroby, bo przecież tylko po to założyłem tego płytkiego w przekazie, hejterskiego bloga.

Dla wielu nie napiszę niczego odkrywczego, wielu innych się ze mną nie zgodzi. Nie mogę wam pomóc. Jestem koniem.

Masa ludzi nie rozumie, o co tak naprawdę chodzi mi z tym bojkotem, czy raczej nieuznawaniem drużyny podającej się za reprezentację. Nawet, a może przede wszystkim, moi znajomi. Pytają mnie: "to co, nie będziesz oglądał meczów 'Polski'?", "będziesz im życzył, żeby przegrali wszystko?", itp. Odpowiadam - to nie jest, kurwa, tak!

Średnio w tygodniu oglądam około 25-30 zdarzeń z różnych dyscyplin sportowych - od futbolu po darta, od tenisa po MMA. Po części wynika to z czystego umiłowania sportu, po części z bukmacherskiego nałogu. Dlaczego miałbym więc nie oglądać meczów jednej z najważniejszych imprez sportowych na świecie, najbardziej prestiżowego piłkarskiego turnieju tego roku? Z przekory? A może jednak z głupoty? Na Mistrzostwach Świata w RPA polska reprezentacja nie grała, na Euro 2004, 2000 oraz na Mundialu we Francji również nie (wcześniej zamiast oglądać sport, wolałem zgłębiać wiedzę płynącą z czasopism "Zwierzaki" oraz "Dinozaury"). I co? I gówno, chłonąłem wszystkie mecze, które mogłem. Dla piękna piłki i cudownych bramek, dla emocji i niezapomnianych zwrotów sytuacji. Dla siebie. Nie inaczej będzie tym razem.

Na takich imprezach zawsze ma się jakieś ulubione drużyny. Dla jednego piękną piłkę gra Hiszpania, innego podnieca holenderska szkoła taktyczna, ktoś jeszcze uwielbia twardy, brytyjski futbol. Ale obok ekip, za które ściska się kciuki, jest też zawsze masa drużyn, które są, bo są. Zakwalifikowały się na turniej albo są jego gospodarzami , ewentualnie ktoś je wylosował. Ich mecze ogląda się z innymi emocjami, z mniejszymi wypiekami na twarzy, ale ogląda się, bo są taką samą częścią tego turnieju jak spotkania naszych faworytów. Taką właśnie drużyną będzie dla mnie Reprezentacja PZPN/Drużyna Smudy. Jedną z szesnastu.

Czy życzę jej porażki? Hmm... Czy zespołowi ze Szczęsnym, Lewandowskim albo Błaszczykowskim w składzie życzę źle? Nie, bo nie życzę źle samemu Szczęsnemu, Lewandowskiemu, Błaszczykowskiemu i zdecydowanej większości polskich zawodników w tej drużynie. Nie akceptuję tego tworu jako całości, nie godzę się na nazywanie tego reprezentacją Polski. Dlatego też nie będę temu zespołowi kibicował. Nie pomaluję pyska w narodowe barwy, nie wywieszę biało-czerwonej flagi, bo dla mnie nie ma ku temu okazji.

Ale też nie będę pajacował w koszulkach Grecji, Rosji czy Czech, nie powieszę nad łóżkiem plakatu Karagounisa, nie dodam Arshavina do ulubionych sportowców, ani nie kupię sobie hełmu a'la Cech. Nie będę się specjalnie cieszył z bramek rywali reprezentacji PZPN, gdyż te drużyny są mi całkowicie obojętne (chyba że postawię na ich zwycięstwo, ale to inny temat). Tak jak, niestety, obojętny jest mi los kadry Smudy.

Nie czułbym się dobrze, kibicując drużynie "narodowej", której prawie 20 proc. stanowią obcokrajowcy. Tak, obcokrajowcy. Reprezentant niemieckiej kadry U-21, Sebastian Boenisch. Kapitan reprezentacji Niemiec na tym samym szczeblu, wyrzekający się do niedawna polskich korzeni, Eugen Polanski. Były reprezentant kadr młodzieżowych Francji, który pomimo posiadania polskiego obywatelstwa od trzech lat, kleci po polsku zdania na poziomie niemowlaka, Ludovic Obraniak. Oraz kolejny z młodzieżowych reprezentantów Francji, którego rodzina od trzech pokoleń mieszka w kraju nad Sekwaną, Damien Perquis. Moi drodzy, to są OBCOKRAJOWCY! Dołóżmy do tego trenera, który po polsku też dogaduje się słabo, nie ma matury, a zatem na stanowisku selekcjonera pracuje nielegalnie. Dziękuję, postoję.

Słyszę "oj tam, pierdolisz, na całym świecie teraz ściągają posiłki", "a popatrz na Niemców", "o, albo Marcos Senna!"...
Weźmy więc tych Niemców. Po pierwsze, tacy zawodnicy jak Özil, Khedira, Boateng, Aogo, Gomez, Gündoğan (...), urodzili się i wychowali w Niemczech. Ten kraj ukształtował ich zarówno jako ludzi, jak i piłkarzy. Mówią w języku Hitlera Goethego, znają słowa hymnu. Druga grupa, zawierająca najbliższe nam przypadki Miroslava Klose i Lukasa Podolskiego, to ludzie urodzeni w innym miejscu na świecie, którzy za gówniarza, bez świadomości tożsamości narodowej, wyemigrowali z rodzicami do kraju naszych zachodnich sąsiadów, tam pobierali edukację, również tę piłkarską. Niemcom zawdzięczają praktycznie wszystko, po niemiecku mówią i myślą, dla Niemiec strzelają bramki. Jedynym "farbowanym lisem" ocierającym się o kadrę Joachima Löwa był w ostatnim czasie niejaki Jeronimo Barretto, czyli popularny Cacau. Pokrycie jego futra farbą jest zresztą mniej perfidne, bo Brazylijczyk nie powoływał się na wielką miłość do nowej ojczyzny, nie tęsknił za krajem babci czy dziadka, a po prostu doprosił się o paszport przez "zasiedzenie", po bodaj dziesięciu latach mieszkania w Rzeszy.
A po drugie... Chuj mnie obchodzi, co myślą Niemcy o swojej reprezentacji, czy uznają za godnego reprezentowania swojego kraju Cacau, czy może już tylko Podolskiego albo Özila. Chuj mnie obchodzi, czy Senna siedział w Hiszpanii dostatecznie długo, by stać się częścią La Roja, czy to fajnie, że przed Liedsonem albo Deco otwarto drzwi do kadry Portugalii oraz czy Ormianie czuli się szczęśliwi, oglądając w swojej bramce Apoulę Edela (kurwa, kogo?! - zapytało dwie trzecie uważnych czytelników). Mnie interesuje mój kraj i jego reprezentacja, biało-czerwony strój z wyhaftowanym orłem w koronie. Białym orłem. Z tym czarnym może sobie grać, kto chce i niech martwią się o to panowie Hoffmann, Müller i Schmidt.

Gdyby w polskiej kadrze mieli grać ludzie związani z Polską "tylko" w taki sposób, w jaki Khedira czy nawet Klose związani są z Niemcami, pewnie nie powiedziałbym słowa. Różnie losy rozrzucają ludzi po świecie. Nie trzeba przecież urodzić się w Polsce, aby być Polakiem - weźmy przykład pierwszy z brzegu: Mamed Khalidov. Ale jeżeli jesteś obywatelem jakiegoś kraju, masz reprezentować go w na arenie międzynarodowej, to, kurwa, musisz się z tym krajem w jakiś sposób utożsamiać, znać historię, znać język... Kiedy zaczął się ten cyrk z biało-czerwonymi przebierańcami, pomyślałem, że będą jaja, kiedy POLSKI dziennikarz na rozgrywanym W POLSCE turnieju nie będzie mógł z reprezentantem POLSKI porozmawiać PO POLSKU. Teraz wychodzi na to, że jest jeszcze gorzej - po polsku na boisku nie są w stanie ze sobą rozmawiać sami reprezentanci...

Mówią - "no dobra, ale jeśli nie Boenisch, to kto?  Nie mamy dobrego lewego obrońcy/stopera/defensywnego pomocnika/ofensywnego pomocnika, a dzięki nim mamy szansę wygrywać". A czy Serbowie nie chcą wygrywać? Czesi? Irlandczycy? Rosjanie? Muszę wymieniać dalej? Czy te kraje skazują się na porażkę, dlatego, że nie importują reprezentantów innych narodów? Nie. A jednak są w stanie zbudować drużynę na tym, co udało im się wychować w swoim systemie szkolenia, na ludziach utożsamiających się z krajem, reprezentantów pełną gębą. Wiadomo, że nie każdą pozycję da się obsadzić wirtuozem futbolu. Anglicy od lat mają problem z bramkarzami, a jednak kiedy swego czasu padła propozycja naturalizowania Manuela Almunii, szybko ukręcono jej łeb. Harry Redknapp, menedżer Tottenhamu, powiedział wtedy np.: "Gdybym miał wybrać wygranie mistrzostwa świata z hiszpańskim bramkarzem w składzie, czy przegranie to wybrałbym tę drugą opcję. Jeśli nie potrafimy sami wyszkolić zawodników, którzy są w stanie wygrać najważniejszy turniej na świecie, to lepiej byśmy nie zajmowali pierwszych miejsc w międzynarodowych imprezach". Zmieniając "hiszpańskiego bramkarza" na "niemieckich i francuskich obrońców i pomocników", podpisuję się pod tym w stu procentach.

Dla mnie problemem jest też, jak wiadomo, sama osoba Franciszka Smudy. Perquis, Boenisch i Polanski na pewno nie graliby w reprezentacji u innego selekcjonera, możliwe, że Obraniak też. Wiem, że wcześniej był Olisadebe, że był Roger. Nie twierdzę, że to dobrze, że tak się działo, ba, nie znajduję i nie znajdowałem ani jednego argumentu za Guerreiro, mimo że ślepo wierzyłem w Beenhakkera. Ze Smudą problem jest inny, poważniejszy. On nie tylko powołał tych konkretnych ludzi do reprezentacji. On biegał za nimi, łasił się, prosił, błagał, by zdecydowali się łaskawie na grę w jego drużynie. Uczynił z tego sposób na zbudowanie kadry. Nie szkolenie, nie wyszukiwanie młodych talentów, tylko żebry. Oni nie przyznawali się do Polski (Polanski), póki coś znaczyli w europejskiej piłce, nie mogli się zdecydować (Boenisch) albo nawet nie za bardzo wiedzieli, że mogą nagle stać się Polakami (Perquis), ale Dyzma uparcie truł im dupy, zamiast w tym czasie np. zająć się poszukiwaniem ich polskich odpowiedników. Młodych gości - jak to udało się choćby z Rafałem Wolskim - którym nie trzeba dwa razy powtarzać, co to jest Polska, jakim zaszczytem jest gra w kadrze i że, parafrazując, nie wystarczy tylko biegać i trochę się starać - z białym orłem na sercu trzeba zapierdalać.
A przecież oprócz wymienionych, pojawiał się jeszcze temat kolejnych Francuzów - Koscielnego i Kolodziejczaka, reprezentanta Izraela - Meliksona, a także najbardziej absurdalny przypadek Kolumbijczyka Arboledy. Franciszek Smuda, sam ledwo mówiący po polsku i w niemieckim paszporcie legitymujący się imieniem Franz, postanowił dać dupy za wyjście z grupy, sklecić skład na dziś, na teraz. Wiadomo, że po Euro Franio myka na inną fuchę, więc dalsze losy reprezentacji nie muszą go obchodzić. Od września eliminacje do Mundialu w Brazylii, ale kto w nich zagra, to będzie problem innego selekcjonera. Dla Smudy ważne było zmontowanie ekipy na tu i teraz. Cztery transfery i zrobione.

Co dwa-cztery lata w narodzie budzi się duch piłkarskiego eksperta. Na futbolu znają się wszyscy, po prostu wszyscy. Zwykle jednak, kiedy reprezentacja Polski występowała w turnieju najwyższej rangi, jak grzyby po deszczu wyrastali malkontenci, z góry wiedzący, że i tak będzie źle. Wtedy oburzałem się i kłóciłem z takimi futbolowymi ignorantami, przekonując, że wcale nie musi być tragedii, bo a), b), c), d)... I co? I niestety zawsze na wierzchu była opinia laików - wiadomo, było po dupie i to z każdym turniejem coraz bardziej sromotnie.
W tym roku jest inaczej. Pompowany zewsząd euroentuzjazm i reprezentacyjny hurraoptymizm oraz fakt, że nawet papieru toaletowego Regina nie da się kupić bez adnotacji, że podcierając sobie nim dupę, "wspieramy naszych", sprawiły, że nagle wszyscy uwierzyli, że ta drużyna jest zdolna do rzeczy wielkich. Bo Szczęsny, bo Dortmund, bo u nas, bo słaba grupa, bo bla bla bla. Ze 32 miliony piłkarskich ekspertów, z czego 31,5 mln przekonanych, że będzie super. Wywieśmy flagi, zjednoczmy się! Chuj, że Smuda to bezmózgie yeti, chuj z Niemcami i Francuzami w kadrze! Koko koko i do przodu! Polska, Biało-Czerwoni (zauważyliście, że dzięki tej chyba najbardziej znanej, reprezentacyjnej przyśpiewce, naród kładzie akcent w tym wyrażeniu na niewłaściwą sylabę?)!

Ale wiecie, czym się różnimy? Kiedy kadra Smudy przerżnie z kretesem ten turniej, kiedy nie wyjdzie z grupy (będzie o to cholernie trudno, ale jest taka opcja), wtedy wszystkie te biało-czerwone sztandary z logotypami sponsorów znikną z okien i samochodów. Podniesie się ogólnonarodowe larum pt. "kadra jest do dupy", "Smuda to debil", "co tu robią ci Niemcy?" i, oczywiście, "zawsze wiedziałem, że na tym Euro będzie chujowo". Tyle kibicowania i wierności. Nie chcę powiedzieć, że wtedy ja nieśmiało wysunę mordkę z nory i zapytam "a nie mówiłem?".

Mam przy tym wszystkim cholerną nadzieję, że po turnieju razem ze Smudą uciekną "farbowane lisy". Nie jest to wiara bezpodstawna, wystarczy spojrzeć na reprezentacyjne kariery Olisadebe i Rogera, którzy po wielkich turniejach albo przegranych eliminacjach mniej lub bardziej spektakularnie wypadali z reprezentacyjnej orbity. Wierzę też szczerze, że jesienne wybory w PZPN przyniosą coś nowego, dobrego. Marzę, by nic nie wadziło mi w kibicowaniu reprezentacji. Chcę znów szczerze wierzyć, że kolejna porażka jest następnym "złym początkiem dobrego", chcę wierzyć w bajki selekcjonera, tak jak było za Beenhakkera, Janasa, Engela, Wójcika... Chcę znów stawiać grubą kasę na z góry przegrane mecze, jak ten w Mariborze za Leo. I wierzę, że od jesieni będzie jak dawniej.

Ale teraz, kiedy chwilowo "wszyscy jesteśmy drużyną narodową", ja postoję z boku. Taki trochę jestem hipster.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Ten biało-czerwony piłkopierdolec przed samym Euro to chyba spełnienie świątecznych życzeń czcigodnego Franciszka. Jeśli komuś to umknęło, to przypomnę, że selekcjoner życzył kibicom, "żebyśmy się wszyscy zjednoczyli, nie tylko jak po jakiejś katastrofie, ale przed tragedią, przed katastrofą".

Koniec bełkotu. Niech wygra lepszy!

PS. Kiedy zakładałem tego bloga, zadeklarowałem, że jeśli prowadzona przez Smudę drużyna wyjdzie z grupy, wyślę selekcjonerowi list z przeprosinami i gratulacjami. Sam trener na pewno bardzo się tym przejmie i z pewnością z zapartym tchem będzie oczekiwał ode mnie korespondencji. Niemniej słowo się rzekło, jeżeli reprezentacji PZPN uda się awansować do ćwierćfinału, wysmaruję długi list do jej szkoleniowca.

8 komentarzy:

  1. Zupełnie się z tobą nie zgadzam.Ale tekst świetny.Szacun.

    OdpowiedzUsuń
  2. pisowskie gówno

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie się czyta ale poza tym w 90% się z Tobą nie zgadzam :P Nie uważam Hejterskiego stosunku za jakie kolwiek rozwiązanie.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Nie trzeba przecież urodzić się w Polsce, aby być Polakiem - weźmy przykład pierwszy z brzegu: Mamed Khalidov"

    Patriota czystej krwi języka swego nie zna i posiłkuje się angielską transkrypcją obcego nazwiska.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmm...Ciekawe...Punk widzenia zalezy od punktu siedzenia...
    Doceniam inicjatywe i doceniam filozofie Twojego blogu.
    Od 15 lat zyje w Kanadzie wiec praktycznie nie mam prawa aby wypowiadac sie w sprawach dotyczacych Polski poniewaz mam bardzo ograniczone pojecie o sprawach w moim Rodzinnym Kraju.
    Prez 29 lat zylem w Polsce - kocham pilke nozna poniewaz najpiekniejsze wspomnienia mam z meczow,treningow, z dlugich autobusowych podrozy. Mam najwyzszy szacunek dla
    moich trenerow, ktorzy praktycznie jako woluntariusze poswiecali swoj czas i dzieki nim mielismy szanse aby wykreowac nasz charakter i miec nadzieje na lepsze zycie.
    Nie wiem jak wyrazic moja dume, ze te Mistrzostwa Europy sa prowadzone w Polsce(i Ukrainie).To jest najwieksze wydarzenie sportowe od czasow moskiewskich Igrzysk Olimpijskich...na zachod od Odry...
    Bez wgledu na ostateczny sportowy wynik tych mistrzostw - Polska jako kraj i kulturalna, historyczna, etniczna spolecznosc bedzie miala okazje aby pokazac swoje bogactwo, swoja ludzkosc.
    Ja jestem bardzo, bardzo dumny, ze te mistrzostwa odbywaja sie w Mojej Ukochanej Polsce! I jako pilkarz,wierze ze nasi representanci zrobia wszystko co mozliwe aby osiagnac sukces. Czy to trudno sobie wyobrazic? Prywatna korzysc, pieniadze - nie okreslaja nas jako ludzi - kazdy kto kiedykolwiek representowal kraj, region, wojewodztwo, miasto, szlole, podworko, wlasna godnosc - rozumie znaczenia tych slow...
    Wielka polityka jest intrygujaca i sensacyjna - prawdziwe zycie to reguralna praca i jezeli jestes athleta - to ciezki reguralny trenning...

    BTW...kiedy nasz Zespol Narodowy awansowal do ME? Lubanski, Szarmach, Lato, Boniek, Tomaszewski, Gadocha, Kasperczak, Zmuda,Gorgon... oni nigdy nie grali w ME... wspaniali pilkarze...
    Ja wiem, ze bade kibicowal naszemu zespolowi z calego serca...a w srodku bede sie usmiechal dlatego, ze wiem,wiem, ze my juz jestesmy mistrzami...
    ...dziekuje ze Twoj blog...rozumiem (na swoj sposob) Twoje intencje... Jestem szczesliwy, ze moge wyslowic swoja opinie...
    Nadzieja zawsze zwyciezy...aby narzekac... nie trzeba wiele energii...zeby cos wykreowac...to tylko dla wolnych ludzi...
    Go! Poland! Go!

    OdpowiedzUsuń
  6. Bzdura. Soójrz na to inaczej. Niech Ci "obcokrajowcy" grają. Niech grają jak najlepiej mimo tego że może nie czują się Polakami.
    Ale niech ich gra przynosi chwałę Polsce.I tylko to się liczy.Respekt dla Polski.

    OdpowiedzUsuń
  7. 1. wymogi trenerskie dotyczą posady trenera na poziomie klubowym
    reprezentacje może prowadzić nawet Adamiakowa jesli taka wola federacji narodowej.

    z tego względu Twoje zdanie "nie ma matury - pracuje nielegalnie" jest niesłuszne

    2. z meritum zgadzam się częściowo. Tzn zgadzam się co do polańskiego i perquisa. Dlaczego wyjasnię na przykładzie. Załóżmy ze jakiś lotnik ze 303 zosatł w Anglii,miał dzieci i wnuki. dzieci wychował ucząc historii Polski i języka, wnuki maja o tym jedynie ogólne pojęcie. Gdfzie się zatem konczy ta polskość" którą byś akceptował w kadrze? Moim zdaniem nie ma znaczenia nazwisko ale pewne wewnętrzne poczucie przynależności. bez względu czy mówi po polsku i czy zna historię.
    co wiecej akceptuję faktm, iż swiadomośc szczególnie w rodzina mieszanych może się kształtować dość długo. Z tego względu akceptuję Obraniaka, który czuje się polakiem choć po polsku nie mówi a jego nazwisko nie brzmi, to samo dotyczy Boenischa. natomasi pzostala dwójka to zwykłewojsko zaciężne.

    3. Jesli chodzi o tożsamośc narodową to nie jest to sprawa tak oczywista jak Ci się wydaje.poelcem w tym celu lekturę posiedzenia komisji, ktora po I wojnie miała decydoiwac o stausie Gdańska. w składzie delegacji niemickiej prawie wszyscy mieli nazwiska konczące się na ski, w skłądzie polskiej wiekszośc miało u umlaut w nazwisku albo co najmniej podwójne s

    OdpowiedzUsuń
  8. trzymaj sie bracie, mam identyczne odczucia i tesknie za reprezentacja kraju, rzygam ogladajac tvp, dyzme, lisow i bialoczerwonych januszow. Niech wszyscy wypierdalaja

    OdpowiedzUsuń