czwartek, 3 maja 2012

Dlaczego "Waka waka" jest spoko, a "Koko koko" - nie spoko?


Właściwie będzie nie na temat, tzn. nie o sporcie. Ktoś mi gdzieś zarzucił, że określenie kompozycji zespołu Jarzębiny mianem ”>>Waka waka<< dla ubogich" jest wyrazem zakompleksienia, polaczkowatości i jeszcze paru rzeczy, z których najlepiej się wyleczyć, dla ratowania psychiki swojej i otoczenia. Bo co, bo „Waka waka” jest nie po polsku i dlatego lepsze? Że przecież tekst ma też niewyszukany i że nie ma różnicy.
No właśnie są różnice. W piosence z MŚ 2010 jednak pierwszoplanową postacią jest Shakira, atrakcyjna, znana prawdopodobnie na całym świecie piosenkarka. W wykonywany przez nią utwór umiejętnie i nienachalnie wpleciono regionalne, afrykańskie motywy. Jakieś bębenki, instrumenty z tamtej części globu, dyskretne chórki, czy wreszcie zwrotka odśpiewana przez młodą, uśmiechniętą murzynkę. Do tego charakterystyczny taniec i niezwykle sympatyczny, a jednocześnie pełen emocji teledysk. Wszystko to zamknięte wspólną klamrą – „it’s time for Africa”, „we’re all Africa”. Przyjemne z pożytecznym.
Polską odpowiedzią na to jest chór grubych bab. Zabijcie mnie, oskarżcie o seksizm, ageizm, klasizm i jeszcze parę zboczeń, ale tak jest. Choćby dokleić do tego niewiarygodnie patriotyczny teledysk albo nawet reklamę Biedronki, nie uciekniemy od faktu – tę piosenkę śpiewa koło gospodyń wiejskich, które postanowiło powstać znad maszyn do szycia i zaryczeć coś ku chwale ojczyzny. To nie jest artystyczny folk. To nie jest, nie wiem, Zakopower, to nie są Brathanki czy Stolec uOrkiestra. Nie twierdzę, że wymienione kapele to muzyczna elita. Niemniej wydaje mi się, że jeśli mielibyśmy zaprezentować światu jakiś wycinek naszej kultury, tradycji i koniecznie musimy to zrobić akurat przy okazji hymnu dla reprezentacji, to chyba fajniej by było nadać temu jakąś bardziej popularną formę. Albo chociaż utrzymać jakiś poziom.
Paniom z Jarzębiny należy się szacunek, napisały najlepszy kawałek, na jaki było je stać, postanowiły zaprezentować go Polsce. Super. Ciemny lud to kupił? Nieco gorzej. Ale czy naprawdę musimy się upierać, że to przedstawia jakąkolwiek wartość artystyczną i bronić tego w imię jakiejś dziwnie definiowanej dumy narodowej?
Ktoś powie, że „Waka waka” też miała tekst o niczym, byle był prosty i wpadający w ucho. W porządku. Ale kiedy ludzie pytali, co znaczą najbardziej charakterystyczne w tamtym utworze słowa,  dowiadywali się, że to radosny okrzyk, mogący wyrażać różne pozytywne emocje. Zapyta obcokrajowiec – co znaczy „koko koko”? Ano, tak sobie u nas kury piejo…
I wreszcie chciałbym przejść do kwestii absolutnie podstawowej. „Waka waka” była Oficjalną Piosenką MŚ 2010 (swoją drogą, wkurwia mnie okrutnie to tytułowanie „oficjalne (…) reprezentacji/Euro” – oficjalna woda, oficjalny energetyk, oficjalne soki, oficjalne, kurwa jego mać, sedesy i oficjalny burdel”). „Koko koko” wybrano na Oficjalny Hit Piłkarskiej Reprezentacji Polski. To zupełnie sztuczny, niepotrzebny twór, który powstał tylko po to, by zorganizować cyrk w środku stolicy, nabić kabzę SMS-ami i przywrócić Marylę Rodowicz do świata żywych. Nikt nie wie, czy drużyna RPA miała jakiś swój hymn na rozgrywany u siebie turniej. Nikt się tym nie chwalił, wszyscy znali tylko „Waka waka”. Znając naszą nieco wypaczoną, narodową dumę (~to, co zrobił Polak, jest dobre, a kto się z tym nie zgadza, ten chuj mu w dupę i na imię~), Jarzębinki będą lansowane, puszczane przed meczami, w przerwach, a w dniach wolnych od rozgrywek będą umilać swym śpiewem czas przyjezdnym kibicom na rozmaitych festynach.
„Koko koko” jest fajne, bo pokazuje, że my, Polacy, mamy dystans do siebie, że potrafimy sami coś stworzyć, że nie wstydzimy się swojej kultury… Bla, bla, bla. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że Oficjalną Piosenkę Euro 2012 – czyli odpowiednik „Waka waka” - wykona niejaka Oceana, piosenkarka – jak się dowiaduję – z Niemiec?

 
Doszukujemy się tu jakichś regionalnych, słowiańskich wątków? Endless summer? To na pewno nie o Polsce, o Ukrainie też nie bardzo. Opalona Niemka, znana bodaj z „Tańca z gwiazdami”, śpiewa nam o bijącym sercu i świecącej wokół miłości. Ekstra, kurwa! Do tego podkład, który jeżeli miałby wskazywać na region rozgrywania turnieju, na pewno bardziej podpadałby pod Południową Afrykę, aniżeli pod nasz kawałek Europy. Piosenka być może wpada w ucho. Ale na pewno jest odarta z jakichkolwiek regionalizmów. 

To co z tymi hitami na Euro? W komerchę, czy jednak do korzeni? Bo o ile „Waka waka” była w stanie połączyć te dwa elementy, o tyle Oficjalna Piosenka Euro i Polska Oficjalna Piosenka Euro poszły każda w swoją stronę i nijak nie da się ich podciągnąć pod wspólny mianownik.

Dobra, dość tych podszytych kompleksami truizmów. Wracam do norki, elo.

4 komentarze:

  1. ale sie uśmiałem :) ale masz sto procent racji

    OdpowiedzUsuń
  2. masz talent w pisaniu, do Weszło byś pasował :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Endless summer" to po angielsku "niekończące się lato". Może coś w tym jest...

    OdpowiedzUsuń